Niebo powoli okrywało się mrokiem. Z lasu
rozchodziło się pohukiwanie sów i niekiedy wycie wilków. Dwoje młodych ludzi
szło jednak przed siebie w zaparte wymieniając co jakiś czas uwagi na temat
trasy. Kiedy dziewczyna ochłonęła z szoku zaczęła zastanawiać się, co spotkało
innych. Blondyn miał rację, Harry na pewno nie pozwoli, aby komuś stała się
krzywda. Podobnie nauczyciele, jednak w pociągu była masa pierwszoroczniaków,
którzy w większości nie potrafili w ogóle posługiwać się różdżkami. Pokręciła
lekko głową, myślenie o tym w tamtej chwili nie było najlepszym wyjściem.
- Powinniśmy odpocząć. - szepnęła zauważając
opuszczoną chatę na wzgórzu w oddali. Niewiele z niej pozostało, ale
przynajmniej mogli ochronić się przed dzikimi zwierzętami i wzrokiem niechcianych
podróżnych.
- Przejmę pierwszą wartę. - odparł spokojnie.
Zaskakiwał ją fakt, iż Malfoy naprawdę z nią współpracował. Co prawda w czasie
wojny mieli okazję kilka razy działać razem, ale po wszystkim ich drogi się
rozeszły a ona została przyjęta do rodziny Weasley'ów i nie myślała już więcej
o chłopaku. Wspięli się na wzgórze ciosane wieczornym wiatrem i bez pukania
otworzyli drzwi od chaty. Malfoy zapalili kilka starych świec a Gryfonka
wyczyściła starą kapę czarami.
- Przydałaby się chociaż woda, to mogę prze
transmutować ją w zupę, albo jakiś sos. - odparła dziewczyna reperując dwa
krzesła i stolik.
- Poszukam coś. - zaproponował. Patrzyła na niego
chwilę, na co odpowiedział szelmowskim uśmiechem, po czym skierował się w
stronę drzwi. - Malfoy.
- Hm?
- Możemy ze sobą normalnie rozmawiać w Hogwarcie? -
spytała przyglądając się świecy obok.
- Zobaczymy. - odparł rozbawiony, po czym wyszedł
prawdopodobnie nawet nie zauważając jej uśmiechu.
Po wielu wybojach w końcu nauczycielom udało się
przetransportować wszystkich uczniów do Hogwartu. Starsi bez problemu
wskakiwali do kominków, młodszych uczniów brali ze sobą profesorowie i prefekci
wracając co chwilę po kolejnych. W efekcie jednak Wielka Sala wypełniona była
zmęczonymi i gdzieniegdzie poobijanymi dzieciakami przekrzykującymi siebie
nawzajem. Dopiero donośny głos dyrektor McGonagall doprowadził ich do ładu.
- Czy prefekci policzyli już wszystkich? - spytała
patrząc twardo na małą grupkę uczniów zebranych przed mównicą.
- Brakuje dwóch osób. - odrzekł prefekt
Huffelpuffu.
- Czyli?
- Hermiona Granger z domu Gryffindor oraz Draco
Malfoy z domu Slytherin. Oboje z ostatniego roku. - odpowiedział przekazując
kobiecie pergaminy z listą uczniów. Przez chwilę na jej twarzy pojawił się
wyraz smutku, szybko jednak znów zajęła się uciszaniem na nowo nakręconych
uczniów.
- Powiedziałam, cisza! - wrzasnęła władczo. -
Wszyscy macie teraz udać się do swoich dormitoriów. Ministerstwo już się tym
zajmuje.
- Ale pani profesor! Trzeba ratować Hermionę! - wrzasnął
Harry wstając od stołu swojego domu.
- Draco również! - podniosła się Pansy. Oba stoły
jak jeden mąż wstały gotowe do działania. Kobieta zdumiona nie wiedziała przez
chwilę co powiedzieć, po czym westchnęła ciężko.
- W tym momencie musimy czekać. Nie możemy
zaprzeczyć, że zarówno panna Granger jak i pan Malfoy są wybitnymi
czarodziejami i dadzą sobie radę. A teraz proszę, do dormitoriów. - nikt już
nie zaprzeczał, ale i tak wszyscy gotowi byli do poszukiwań, co wywołało u
dyrektorki mieszane uczucia. Dumę jak i smutek.
- Musimy jakoś ją znaleźć. - Ginny chodziła po
pokoju wspólnym jak nakręcona. - A co, jak gdzieś teraz zwija się z bólu? Albo
leży na dnie jeziora?
- Musimy poczekać na Ministerstwo. - uspokajał ją
Harry, chociaż dobrze wiedział, jak takie instytucje działają. Bardziej
zainteresuje je, kto napadł na pociąg, niż zaginieni.
- Jest pewnie z Malfoyem, co oznacza że nic
gorszego już jej nie może spotkać. - warknął zirytowany rudzielec.
- Boże, jakim ty jesteś idiotą Ronaldzie! - wrzasnęła
jego siostra. - Nie pamiętasz, ile razy Malfoy uratował nam życie? Walczył z
nami po jednej stronie. O ile się nie mylę, to on wyciągnął Hermionę z lochów
własnego domu, więc zacznij myśleć trzeźwo!
- Malfoy to morderca, więc może zamknij swoją buźkę
i odwal się! - wydarł się wstając nagle. W oka mgnieniu jednak Harry stanął
przed Ginny osłaniając ją własnym ciałem.
- Dotknij ją, a nie będę patrzył na przeszłość. -
odparł chłodno. Chłopacy mierzyli się przez chwilę wzrokiem, po czym obrażony
Weasley wyszedł z wieży Gryffindoru przeklinając na wszystko. Harry poczuł jak
drobne ramiona dziewczyny oplatają go w pasie a jej ciało przylega do jego
pleców.
- Boję się... - szepnęła.
- Będzie dobrze, ufam im. - odparł chowając różdżkę
do kieszeni spodni. - Ufam...
Kiedy Draco wrócił do starej chaty aż zatrzymał się
pod wpływem wrażenia, jakie wywarły na nim zmiany. Prawdopodobnie Granger aby
zając czymś ręce zreperowała wszystkie zniszczone elementy i przyniosła drewno
do kominka, w którym jasno palił się ogień.
- Nie widziałem dymu. - odparł kładąc dwa wiadra z
wodą na stole, który nie był już stertą kijków.
- Zaczarowałam kominek, co prawda nie można się
przez niego przenosić, bo mugole nie mają do takich dostępu, ale jest cieplej.
- uśmiechnęła się widząc zaskoczenie na twarzy chłopaka.
- Dobra robota. - przyznał siadając przy stole. -
To co podasz na kolacje? - dodał uśmiechając się zawadiacko.
- Nie wiem jak ty, ale ja muszę się napić. -
przyznała. Kiwnął twierdząco głową. Dziewczyna wzięła czystą butelkę po occie i
przelała do niej wodę z wiaderka. Następnie przymknęła oczy i zaczęła mamrotać
zaklęcie, którego uczyła się przed urodzinami Harrego. Po chwili w butelce
zamiast wody pływała whisky wabiąc aż swoim bursztynem.
- Nie mam szklanek, a szkła jest za mało na
zrobienie ich. - odparła podając chłopakowi butelkę.
- Panie mają pierwszeństwo. - rozsiadł się
przyglądając jej z zaciekawieniem. Dziewczyna wypiła potężny łyk i zajęła
miejsce przy drugim końcu stołu.
- Jaki jest prawdziwy powód twojego powrotu? -
spytała po transmutacji trzeciej butelki.
- Stęskniłem się za starymi murami. - odparł
zaczepnie.
- Och, doprawdy? - zaśmiała się perliście. - Jakby
nie patrzeć, to zostaniecie z Harrym przyjęci jak bohaterzy.
- Wątpię. Poza tym, nie tylko my braliśmy w tym
udział. - przyznał poważniej.
- Ja niewiele zrobiłam. - westchnęła odkładając
pustą butelkę na bok.
- Pomijając, że ponad połowa moich działań oparta
była na współpracy z tobą. Nie pamiętasz stadionu?
Skradali się przez mroczne korytarze kierując do
jednej z kryjówek wroga. Nie pozostało im wiele czasu, ale musieli dokończyć
zadanie. Podobnie jak inne zespoły każdy miał swój cel i wystarczyła jedna
wpadka a całe przedsięwzięcie szlag by wziął. Dziewczyna ubrana cała w czerń
kiwnęła do swojego partnera, żeby spojrzał na boczny korytarz stadionu do
quiddicha. W tym czasie ona wyjęła z nerki przyczepionej do paska dwie fiolki i
miseczkę. Powoli wlewała do niej naprzemiennie po kropli każdego eliksiru, aż w
końcu przybrał on barwę śnieżnej bieli i zaczął się dymić na zielono. Spojrzała
na chłopaka obok i kiwnęła do niego głową. Nie musieli nic do siebie mówić, w
dziwny sposób doskonale rozumieli mowę swojego ciała. Oboje wstali a szatynka
oblała ich stworzoną cieczą. Nie minęła chwila, gdy pojawili się przeciwnicy.
Eliksir miał za zadanie uczynić ich ciała niezniszczalne, działał jednak tylko
przez kilka minut, co oznaczało, iż nie mogą się ociągać. Musieli donieść
skradzione plany do bazy Zakonu.
- O proszę, nasz zdrajca. - warknął jeden z
czarnoksiężników.
- Witaj, Nott. - odparł chłopak uśmiechając się
cynicznie. Były Ślizgon był ogromny i przypominał bardziej kruka, niż
człowieka. Nikt nie chciałby spotkać go nocą w opuszczonej uliczce.
- Raczej żegnaj. - syknął przeciwnik i zaczął rzucać
w parę zaklęciami. Barwy zmieniały się co chwilę a huki rzucanych czarów
roznosiły echem wokół rozpraszając ciemność. Blondyn i dziewczyna stali plecami
do siebie walcząc ramię w ramię. Oboje czuli siłę napierania na siebie, ale nie
mogli się poddać. W pewnym momencie
szatynka pociągnęła chłopaka na ziemię a dwoje przeciwników uderzyło w siebie
nawzajem zaklęciami. Padli natychmiast martwi na kafelki. Chłopak wstał czujnie
podchodząc do martwego ciała dawnego przyjaciela, którego twarz nawet po śmierci
ukazywała nienawiść do wszystkiego wokoł.
- Żegnaj. - szepnął nad jego zwłokami blondyn, po
czym zaczął biec w stronę korytarza z którego wybiegła owa dwójka. Nagle znikąd
wyłoniło się czerwone światło przypominające w swojej barwie krew. Nie
uciekłby, wiedział o tym. Zamknął oczy, ale poczuł jedynie upadające na niego
ciało...ciało Granger.
- Nie da się ukryć, to było coś. - przyznała
dziewczyna poprawiając warkocz.
- Był cel, dla którego chciało się żyć. - szepnął
wpatrując się w gasnącą między nimi świecę.
Dziewczyna już dawno zauważyła, jak hipnotyzującym
człowiekiem jest Draco, o ile nie zaczyna odstawiać swoich głupot o szlamach i
czystej krwi.
- Zawsze jest. - uśmiechnęła się do niego. - Samo
życie to cel...nie wiem, nie masz marzeń? Nie chciałbyś zobaczyć Paryża nocą?
Albo napić się wódki w Moskwie? Wiesz, że istnieje coś takiego jak Mur
Chiński...
- ...mierzący 8851,8 kilometra. - dokończył za nią
przekrzywiając głowę w ten swój malfoyowy sposób, jakby wygrał jakąś nagrodę na
turnieju i właśnie to uświadamiał.
- Przykładowo. - rzekła zaskoczona wpatrując się w
niego.
- A jaki ty masz cel, Granger? Co ciebie motywuje
do dalszej walki? - mruknął uwodzicielsko.
- Przyjaciele, poglądy, plany. Jest tego trochę.
Rodzice Rona wciąż opowiadają o ślubie po zakończeniu roku... - westchnęła
ciężko wpatrując się w stół.
- Rozumiem, że to też twoje marzenie. - zakpił.
- Co w tym złego?
- Popatrz na siebie. Jesteś z człowiekiem, który
wiecznie chowa się po kątach niezdolny do czegokolwiek poza obrażaniem się. -
rzucił poważnie. - Możesz wmawiać wszystkim wokół, że jesteś szczęśliwa, ale to
tylko kłamstwa. Wpadłaś w coś i nie wiesz jak wyjść, bo boisz się samotności. -
Spojrzała na niego wybita z rytmu. Usta otwierały jej się w celu powiedzenia
czegoś, jednak żadne słowa nie chciały wyjść na światło dzienne. W końcu
chrząknęła cicho i wstała.
- Idę spać. - szepnęła kładąc się na łóżku.
Zamknęła mocniej oczy, modląc się o szybkie nadejście snu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz