środa, 21 sierpnia 2013

Tajemnica cz. 1





Noc była spokojna, chociaż koniec lata dawał o sobie znaki. Specyficzny zapach jesieni unosił się wokół obwieszczając zbliżające ochłodzenie. Dwoje młodych ludzi siedziało w jednej z wież Hogwartu rozmawiając o wszystkim, co miało miejsce niedawno.

- Nie wierzę, że to był zwykły wypadek. - przyznała dziewczyna okrywając się narzutą znalezioną w kącie pomieszczenia.

- Ja też, to co wbiło się w korytarz miało za zadanie przynajmniej okaleczyć. - odparł blondyn kładąc się na sianie. Większość sów odleciała z wieży na nocne łowy, więc nie musieli przejmować się hałasem, który mogły narobić.

- Nie zastanawia cię fakt, iż w całym pociągu tylko nas mogło to zabić? - spojrzała na niego porozumiewawczo.

- Zemsta?

- Jest trochę ludzi, którzy mogą mieć do nas urazę. Chociażby rodziny śmierciożerów, których wpakowaliśmy do Azkabanu.  - chłopak westchnął ciężko.

- Jeżeli to prawda, to musimy sami wszystko zbadać. Prorok i Ministerstwo nic nam nie dadzą, bardziej zastanawia ich, co nas łączy. - rzucił zamykając oczy.

- Ron i Pansy pewnie dolali oliwy do ognia.

- Pansy nic nie wie, jest zazdrosna o każdego, kto przebywa obok dłużej niż minutę. - mruknął znużony.

- Też nie mówiłam Ronowi. Jest...porywczy, czasami za bardzo. Potrafi z głupiego listu od Kruma znalezionego gdzieś w śmieciach zrobić problem, nie ma w ogóle szacunku do jego śmierci. - chłopak popatrzył na nią zmęczony.

- Nie chcę, żebyś cierpiała. - odparł dotykając jej dłoni. Cofnęła ją natychmiast.

- Draco, proszę. - szepnęła. - To nie jest dla mnie łatwe. Nawet nie wiesz, ile razy brakowało mi ciebie obok. To, co się działo...nie zdajesz sobie sprawy. Ja wiem, że tak właśnie musimy żyć, że ty masz być z Pensy a ja z Ronem. To nasze przeznaczenie i nic tego nie zmieni.

- Szukałem sposobu. - warknął zaciskając szczęki. - Szukałem sposobu na tę cholerną klątwę, Granger. Pojechałem do samej Tajlandii, ale za cholerę nikt nie zna rozwiązania. - szatynka popatrzyła na niego ze smutkiem. Powoli wyciągnęła dłoń spod koca i splotła swoje palce z palcami blondyna. Ten natychmiast spojrzał na nią. - Oddałbym wszystko, żeby móc z tobą być, Hermiono.

- Ja też, Draco. - jęknęła czując jak spod jej oczu wypływając łzy. Opadła na klatkę blondyna płacząc cicho. Chłopak przycisnął ją mocniej do siebie czując coraz większą nienawiść do ojca, który zesłał mu takowy los.

Wiadomość o powrocie Ślizgona i Gryfonki rozniosła się z prędkością światła. Wszyscy dopytywali się, czy to co wyczytali w Proroku jest prawdą nie zwracając nawet uwagi na gniewne spojrzenia Malfoya i ostre odpowiedzi Granger. Najgorsi jednak okazali się ci, którzy związali z nimi swoje życie. Pansy miotała wściekłymi komentarzami w stronę szatynki a Ron widząc gdziekolwiek blondyna odgrażał się, że w końcu go zabije. W efekcie zarówno panicz Malfoy jak i panna Granger chowali się przed światem skupiając na sytuacji, która miała miejsce w pociągu. Były to momenty rzadkie, ale jednak dawały efekty.

- Udało mi się podkraść do gabinetu McGonagall. Merlinie, żeby nic nie zauważyła. - mruknęła dziewczyna rozkładając przed nimi długi pergamin z opisem całego wypadku.

- "Nie znaleziono żadnych śladów czarnej magii" - zacytował chłopak drapiąc się po brodzie.

- Nieważne jaki to był rodzaj magii, miał za zadanie skrzywdzić. - westchnęła siadając na jednym z drewnianych krzeseł. Znajdywali się w pustej sali od historii, którą wcześniej zabezpieczyli czarami, aby nikt ich nie słyszał.

- W Carmody miał miejsce podobny wypadek, też napadnięto na pociąg pełen uczniów. No i też ktoś zaginął.

- Lucy Spenser. - oparła szatynka podnosząc jeden z pergaminów. - Uczennica piątego roku z Dumstrangu.

- Nie kojarzę jej. - przyznał wyjmując z kieszeni paczkę papierosów. Nie zareagowała na to, przyzwyczaiła się już do nałogów chłopaka i nie przeszkadzały jej o ile nie pogłębiał się w nich bardziej.


Grudniowy wieczór, właśnie ogłoszono iż Lucjusz Malfoy został złapany przez Ministerstwo i zamknięty w Azkabanie dożywotnio. Mroczne czasy minęły a świat magii powoli wracał na dawne tory. W jednym z mniej uczęszczanych pubów siedział nastoletni chłopak pijąc zwykłą, mugolską whisky. Nie chciał przebywać wśród czarodziei, gdy wszyscy rozmawiali o jego ojcu i matce. Może i nie darzył ich żadnym szacunkiem czy miłością, jednak miał poczucie, iż wojna się skończyła a on pozostał sam ze swoim bagażem cierpienia i niewolnictwa. Wokół unosił się dym palonych przez niektórych ludzi papierosów i zapach potu. Taki właśnie był Pub pod Gołą Babą, w którym alkohol kosztował grosze a klienci równie dobrze mogli siedzieć w więzieniu ozdobieni masą tatuaży i kolczyków w przeróżnych miejscach. Pomimo to właśnie tam Draco Malfoy przepijał swój los pragnąc, aby wszyscy dali mu święty spokój. Po kolejnej już whisky zaczął odczuwać efekty wypitego alkoholu, na co właśnie liczył. Zresetować się na tyle, aby nic nie pamiętać. Zamówił następną kolejkę, gdy miejsce obok niego zajęła zasmucona dziewczyna. Była jak zawsze piękna, przynajmniej dla niego. Nie wyuzdana jak ta, którą musiał poślubić, Hermiona była po prostu dziewczęca. Na dodatek rozumiała go bez słów, co potrafiła tylko ona.

- Może lepiej, jak dokończysz w domu? - szepnęła przyglądając się chłopakowi. Nie wyglądał dobrze, miał podkrążone oczy i nieogolony od kilku dni zarost.

- Wątpię. - odparł biorąc od kelnerki kolejną szklankę whisky. - Nie chcę tam teraz wracać. - dodał upijając potężny łyk.

- Możesz nocować u mnie, rodzice przenieśli się do Ameryki i pozostawili dom pusty. Zatrzymałam się tam na chwilę. - zaproponowała kręcąc młynki kciukami. Blondyn przyjrzał jej się dokładnie.

- Nie będę upijać się w twoim domu. - zaprotestował wzdychając głośno. - Masz tam swoje wspomnienia, niech pozostaną nietknięte.

- To tylko gołe ściany, zabrali wszystko ze sobą. Mama nawet wykopała róże, widziałam je w ogródku sąsiadki. - wzruszyła ramionami. - Wiem, że nie jest ci łatwo przez to, co dzieje się teraz, ale zawsze możesz na mnie liczyć. Nie pozwolę ci upaść.

- Granger, ja już upadłem. - odparł wypijając alkohol do dna. Skrzywił się lekko i znów spojrzał w stronę kelnerki. Ta przyszła natychmiast z ochotą przynosząc mu przygotowaną wcześniej kolejkę.- Mój ojciec gnije w Azkabanie, matka w psychiatryku a przyszła żona zapewne przelicza teraz wszystkie pieniądze jakie mam, żeby starczyło na jej wszystkie wybryki. Prorok dobija się do mnie drzwiami i oknami, rodzina Pansy wciąż opowiada o ślubie a ja w tym momencie chcę się zwyczajnie upić i nie myśleć o niczym innym.

- Plotki o twoim ojcu w końcu ustaną, może mama wyzdrowieje za jakiś czas a z Pansy spróbuj pogadać. Przynajmniej nie powiesz mi, że masz opory w kwestiach łóżkowych? - mruknęła podpierając brodę ręką. Chłopak natychmiast wycelował w nią złowrogie spojrzenie.

- Myślisz, że mógłbym przespać się z Parkinson? Albo jakąkolwiek inną dziewczyną, Granger? Za kogo ty mnie w ogóle uważasz? - warknął cicho.

- W końcu zapragniesz potomka a to chyba jedyny sposób, prawda? - szepnęła przyglądając mu się smutnie. - Rodzice Rona w kółko o tym mówią a mi powoli zaczyna brakować wymówek. Jest...niecierpliwy i odrzuca mnie świadomość, że mógłby...no wiesz, dotknąć mnie w inny sposób. Jednak oboje wiemy, iż innego wyjścia nie mamy. - westchnęła zamykając oczy.

- Też powinnaś się napić. - rzucił odpalając papierosa. - Chodźmy do ciebie. - dodał wstając od stolika i podając dziewczynie dłoń. Przyjęła ją uśmiechając się nikle.

- Masz karalucha na dekolcie. - usłyszała nagle wyrwana z zamyślenia. Wstała szybko otrzepując się, ale nic niepokojącego na sobie nie zauważyła.

- Bardzo śmieszne, Malfoy. - mruknęła znów zajmując swoje miejsce przy biurku.

- Patrzyłaś się tempo przed siebie, więc musiałem cię jakoś umysłowo obudzić. - uśmiechnął się perfidnie gasząc papierosa o posadzkę. Dziewczyna pokręciła różdżką i po niedopałku nie pozostał żaden ślad.

- Zamyśliłam się. - odparła znów sięgając po pergaminy.

- Wracałaś do przeszłości? - bardziej stwierdził, niż spytał.

- Jej wujek należał do Zakonu, zobacz. - powiedziała pomijając pytanie chłopaka. Stanął za nią czytając.

- "Jedyna żyjąca rodzina to Thomas Felton również uznany za zaginionego".

- Nie podoba mi się to. - szepnęła chowając twarz w dłonie. - Marc Demlan jest kuzynek Estery Fitschback, która też działała w Zakonie, on również zniknął. Nas także ktoś zaatakował, widocznie jacyś poplecznicy Voldemorta nadal są na wolności i mszczą się teraz. - poczuła jak chłopak odsuwa się od niej i po chwili zajął miejsce obok.

- Skupmy się na tym, co wiemy. Przeciwnik działa bez używania czarnej magii, więc trudniej jest go namierzyć. Lista śmierciożerców została prawdopodobnie zapełniona i wszyscy gniją w Azkabanie. Jeżeli nie ma znaku na ramieniu, to będzie jeszcze trudniej. Do tego jak na razie interesuje go głównie rodzina ludzi z Zakonu. My nie mamy tak po prawdzie nikogo, ale... - Hermiona nagle podniosła głowę i wbiła w chłopaka przerażone spojrzenie.

- Może i moi rodzice mnie nie pamiętają, ale ich zdjęcia są w papierach w szkole. Wystarczą proste zaklęcia i można ich namierzyć. - pisnęła zakrywając dłonią usta. Blondyn złapał ją mocno za drugą dłoń mówiąc stanowczo.

- Nic im nie będzie, wyślę do nich skrzaty domowe. Będą ich pilnować. - obiecał.

- Jeżeli przeciwnik jest dość silny nie dadzą sobie rady. Mają tylko podstawowy zakres magii.

- Zdążą ich przetransportować do mojego domu, tam będą bezpieczni. - rzekł całując jej palce. - Nie bój się, nie zostawię ani ich, ani ciebie.

- Draco...a co z resztą ludzi, na których nam zależy? Co z Weasleyami, Harrym, Pansy, Blaisem...nie mówiąc już o Zakonie, mamy tam przyjaciół. - szepnęła czując, jak łamie jej się głos.

- Dlatego musimy jak najszybciej udać się do bazy i porozmawiać z nimi. Prawdopodobnie mają już jakieś informacje, wszystko jest tylko kwestią czasu. - zapewnił gładząc ją po włosach.

- Masz rację, musimy udać się do Zakonu i zdać im raport. Jutro wieczorem Ron i chłopaki z zespołu idą do Hogsmade na piwo kremowe, pogadam z Harrym i możemy działać.

- Powiem Pansy, że mam szlaban u Binsa i muszę sprzątać salę od historii...szczoteczką do zębów, czy coś. - uśmiechnął się posępnie na myśl o jękach niezadowolonej brunetki.

- Mogę dać ci trochę eliksiru nasennego. - zaproponowała dziewczyna uśmiechając się zalotnie.

- Proszę, proszę. Gdyby nie te miesiące spędzone razem stwierdziłbym, że ktoś tutaj pomylił role. - zaśmiał się przyglądając jej z zainteresowaniem. Po chwili dopiero ogarnęli, iż nadal trzymają się za ręce. Dziewczyna wstała szybko składając pergaminy do drewnianego pudełka.

- Spadam, zanim Ron wróci z treningu. Ostatnio jest strasznie nakręcony na wszystko, chyba sama zaaplikuje mu w końcu porządną dawkę usypiacza. - mruknęła. Malfoy dalej spoglądał na nią hipnotyzując wzrokiem.

- Brakowało mi zadań z tobą. - przyznał przecierając brodę dłonią.

- Mi również, możemy po wszystkim założyć firmę detektywistyczną. - zaśmiała się wrzucając wszystko do torby.

- Po szkole wyjeżdżam. - wyznał. - Załatwiłem sobie przydział w Australii, potrzebują tam młodych aurorów. - Hermiona spojrzała na niego zszokowana, ale kiwnęła jedynie głową. Nie mogli liczyć na nic innego a im dalej od siebie, tym większa szansa na normalne życie. Bez słowa pożegnali się pod kominkiem i każde z nich przeniosło się do swojego dormitorium.