Pociąg wypełniony śmiechem dzieciaków w różnym
wieku jechał z zawrotną prędkością kierując się do jednej z niewielu ocalałych
szkół magii. Po długiej wojnie pomiędzy dobrem a złem w końcu nastał wymarzony
ład i porządek. Kiedy Voldemort upadł niewielu miało jeszcze odwagę głosić jego
poglądy. Zgodnie z życzeniem dyrektor McGonagall wszyscy uczniowie mieli prawo
dokończyć naukę bez względu na ich wiek. Z tej racji dziewiętnastoletnia trójka
zwycięzców siedziała właśnie w jednym z wielu przedziałów dyskutując o
zmianach, jakie nastały. Harry, Hermiona oraz Ron i jego młodsza siostra Ginny
wracali do Hogwartu, aby wrócić do dawnego życia. O ile było to w ogóle
możliwe.
- Dobrze, że McGonagall jest dyrką. Da popalić
Ślizgonom. - rzucił Ron przeglądając Tygodnik Sportowy. - Dostaną za swoje,
gnidy.
- Nie zapomnij, że niektórzy nam pomagali. -
zauważyła Granger odkładając butelkę po soku porzeczkowym.
- Wszyscy to śmierciożercy. - mruknął.
- Jesteś niesprawiedliwy.
- A ty za miękka, ale jakoś się znosimy. - westchnął
nie obdarzając jej nawet jednym spojrzeniem.
Od pewnego czasu ich przyjacielska relacja zmieniła się w coś
poważniejszego jednocześnie niszcząc w nich jakiekolwiek zaufanie i szacunek w
stosunku do siebie. Ronald nigdy nie słynął ze szczególnej uprzejmości i
opanowania, ale przy Granger nawet nie zwracał uwagi, jaki jest.
- Nie powiedziałabym. - odparła skupiając się na
widoku za oknem. Słońce nadal mocno ogrzewało okolice a zawrotna prędkość
pociągu dodawała wszystkiemu nowych emocji. Jeszcze trzy godziny i będą na
miejscu.
- Chcesz mi coś powiedzieć? - spojrzał na nią
zirytowany.
- A chcesz w ogóle coś usłyszeć? - rzuciła wbijając
w niego wzrok. Mierzyli się przez chwilę gniewnie, aż odezwał się Harry
zaniepokojony tym, co działo się między jego przyjaciółmi.
- Musicie ciągle się sprzeczać? Niedługo będziemy
na miejscu, cieszcie się, że znów możemy zacząć od początku. - złapał przy tym
Ginny za dłoń patrząc na nią z takim uczuciem, iż Granger musiała wyjść. Na nią
Weasley nigdy tak nie patrzył a na pewno nie kochał w taki sposób.
Stał w korytarzu pociągu spoglądając przez jedno z
ogromnych okien na przestrzeń wokół. Nie wiedział, dlaczego postanowił wrócić
do Hogwartu. Po wszystkim, co miało miejsce był wolnym człowiekiem uznanym za
sojusznika Zakonu Feniksa z którym współpracował w czasie wojny. Jego ojciec
zgnił w więzieniu, matka została zamknięta w zakładzie dla chorych psychicznie.
Oboje pozostawili mu jedynie fortunę i posągi, co niekoniecznie uznawał za
wartościowe wiedząc, w jaki sposób jego rodzina zdobyła złoto i służbę. Nie
chciał przyznawać się przed sobą, jednak uciekał od domu najdalej gdzie tylko
mógł. Hogwart był dobrym do tego miejscem. Nagle wyczuł, iż ktoś się zbliża.
Trwał nieruchomo dzierżąc w dłoni różdżkę, gdy zza przejścia między wagonami
wyłoniła się kobieca sylwetka. Wypuścił powietrze z płuc. Obok niego zatrzymała
się Granger również wpatrując w obraz za oknem. Miała na sobie zwiewną, kremową
sukienkę do połowy ud i długi warkocz opadający na jedno ramię. Gdyby nie niewielkie
blizny na plecach i ramionach nikt nie pomyślałby, że ta właśnie dziewczyna
miota zaklęciami jak żołnierz. Zlustrował ją dokładnie nadal nie rozumiejąc, co
taka dziewczyna - nawet nie pochodząca z magicznej rodziny - mogła widzieć w
Weasley'u.
- Długo będziesz tak na mnie patrzył? - nie musiała
nawet spoglądać w jego stronę, aby wyczuć silną aurę Malfoya.
- Zależy. - odparł wymijająco. - Nie siedzisz z
Wiepszlejem i resztą?
- A ty nie siedzisz z Parkinson i resztą? -
odpowiedziała pytaniem na pytanie. Chłopak uśmiechnął się zawadiacko i podszedł
do niej opierając o ścianę. Przez chwilę trwali w milczeniu, po czym dziewczyna
obróciła się do niego przodem.
- Wiem, że wcześniej nie było okazji, ale
dziękuję... - spojrzała mu prosto w oczy i poczuła jak rażą ją wręcz
hipnotyzując.
- Za co mi dziękujesz, Granger? - przekręcił lekko
głowę w bok i uśmiechając się seksownie.
- Dobrze wiesz. - również posłała mu uśmiech. -
Wtedy, w lochach.
Ciemność, odór,
wilgoć i ból. Wokół nie było żywej duszy, ale młoda kobieta czuła się
tak, jakby ściany wręcz do niej krzyczały od nadmiaru krwi i cierpienia.
Próbowała wstać, jednak żelazne kajdany usilnie przypięły ją do ściany w
niewygodnej pozycji, która nie pozwalała nawet wytrzeć jej zakrwawionej rany na
czole. Starała się złapać oddech, ale na nic się to nie zdało.
- Boże, gdzie ja jestem? - szepnęła sama do siebie.
- W piekle, kochanie. - usłyszała kobiecy, zawistny
głos. Rozpoznałaby go wszędzie.
- Bellatrix.
- Witaj. - syknęła w ułamku sekundy zrównując ich
twarze ze sobą. Wszystkie pochodnie zapłonęły wokół ukazując nienawistne
spojrzenie wysłanniczki Voldemorta. Miała na sobie czarną suknię podkreślającą
trupio białe ciało i grobowe, szalone spojrzenie. - Długo cię szukaliśmy,
szlamo.
- Nie nazywaj mnie tak! - wiedziała, że długo nie
pożyje, ale bez względu na wszystko pragnęła zachować godność i wartości, o
które walczyła.
- Zamilcz! Jesteś szlamą! Brudna krew aż sączy się
z twoich ran, plugawa żmijo, plamisz imię każdego z nas dzierżąc różdżkę! -
dziewczyna poczuła, jak Bellatriks przykłada jej do poranionego brzucha kawałek
drewienka. Po chwili wypuściła z niej światło a Granger wrzasnęła głośno nie
mogąc nawet zgiąć się z bólu. - Błagaj o litość!
- Nigdy. - warknęła przez zaciśnięte zęby.
- To powąchasz piach!
- Dość. - kobieta już szykowała zakazane zaklęcie,
gdy w środku lochu pojawił się wysoki mężczyzna.
- Draco. Czemu nam przeszkadzasz? - jęknęła
teatralnie rozdziawiając usta.
- Mam wyciągnąć od niej informacje, zanim ją
zabijesz. - odparł chłodno. Oboje mierzyli się przez chwilę lodowatymi
spojrzeniami, po czym czarnowłosa trzasnęła zaklęciem w ramię Gryfonki i wyszła
lubując się w jej krzyku.
- Nic się nie dowiesz. - szepnęła wypluwając z ust
krew.
- Nie muszę. - odparł cicho. Wyciszył pomieszczenie
zaklęciem, po czym odpiął dziewczynę od ściany i wziął na ręce, gdyż miała
połamane większość kości. - Masz szczęście, że jeszcze żyjesz.
- Co ty...
- Cicho, musisz mi zaufać. Bliznowaty i Prosiak
czekają niedaleko.
- Dz... - nie dokończyła jednak, gdyż jej umysł
wyłączył się od nadmiaru cierpienia.
- Zrobiłem, co do mnie należało. To Potter cię
namierzył. - odparł poprawiając rękawy swojej białej jak śnieg koszuli.
- Uratowałeś mi życie, Malfoy. Coś na czym zależy
mi obecnie najbardziej. Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak wiele to dla
mnie znaczy. - mówiła poważnie, więc odpuścił sobie przekomarzanie się z
dziewczyną i jedynie kiwnął głową. Nagle pociąg zaczął silnie hamować
wytrącając wszystkich z równowagi. W ułamku sekundy blondyn znalazł się obok
Hermiony ochraniając ją przed metalowym prętem, który z nikąd przebił się
wzdłuż korytarza. Z niego bo obu stronach wystrzeliwały ostre pociski wbijając
się we wszystko, co napotkały na swojej drodze. Oszołomieni bez zastanowienia
wyskoczyli przez okno, Hermiona rzuciła pierwsze zaklęcie, jakie przyszło jej
do głowy i zamiast upaść miażdżąco na ziemię oboje opadli na gumową chmurę,
metr nad powierzchnią.
- Co to było? - spytała, kiedy zeskoczyli z osłony
a ich oczom ukazały się powykręcane na wszystkie strony tory.
- Nie mam pojęcia, ale na pewno nic przychylnego. -
odparł przeczesując włosy.
- Boże, gdzie my jesteśmy. - westchnęła rozglądając
się wokół. Blondyn sięgnął do kieszeni i wyjął z niej zwykły, mugolski kompas.
- Ja będziemy iść na wschód, to w końcu trafimy do
kolejnej stacji. - zaskoczona przyjrzała się urządzeniu.
- Musimy dowiedzieć się, co z naszymi przyjaciółmi.
- Poradzą sobie, mają Pottera i całą zgraje
nauczycieli z Zakonu. - odparł spoglądając w niebo. - Chodźmy, zanim się z
ciemni. - dziewczyna kiwnęła twierdząco głową i oboje ruszyli w stronę
następnego przystanku pociągu, gdzie mieli nadzieję odnaleźć pozostałych
uczniów.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz