Pomimo ostatnich wydarzeń życie w Hogwarcie musiało
trwać. Uczniowie nie byli traktowani ulgowo i już pierwszego dnia dostali ogrom
prac do zrealizowania. Sami nauczyciele nie rozmawiali przy nich o napadzie na
pociąg i zaginionej parze, ale widać było po nich, iż czasami spoglądają w
stronę pustych miejsc w ławkach. Najgorzej jednak zachowywał się najmłodszy syn
państwa Weasley, który z minuty na minutę wymyślał coraz to nowe obelgi w
kierunku Malfoya. Nienawiść do Ślizgona była silniejsza, niż zwykła troska o
Granger, co za to Ginny i Harrego doprowadzało do szału. W końcu dziewczyna nie
wytrzymała i wygarnęła swojemu bratu wszystko.
Wielka Sala
tętniła życiem podczas przerwy obiadowej. Wszyscy czytali Proroka Codziennego,
w którym niektórzy pokazani byli nawet na zdjęciach. Jak się okazało, nie tylko
pociąg jadący do Hogwartu warty był uwagi, gdyż w ten sam dzień miejsce miało
kilka innych wypadków związanych z dotarciem uczniów do magicznych szkół.
Prorok doszukiwał się spisku a na ostatniej stronie migotały fotografię
poszukiwanych osób, w tym Gryfonki i Ślizgona.
- Po cholerę go szukają? - warknął Ron odrzucając
gazetę przed siebie, w efekcie czego wylądowała w czekoladowym puddingu.
- Bo zaginął? - odparła Ginny wzdychając głośno.
- No co ty nie powiesz? - żachnął się chłopak. -
Malfoy już dawno powinien wylądować w Azkabanie jak jego ojciec. Ta sama krew,
niech zgniją tam razem.
- Możesz myśleć co chcesz, ale on nam pomagał Ron.
W ostatecznej bitwie zasłonił mnie swoim ciałem prawie tracąc życie. Chcę aby
cało wrócił do Hogwartu. - powiedział poważnie Potter również odkładając
Proroka.
- Zabawne, Harry. To on ma znak śmierciożercy na
ramieniu i to on zabił Dumbledora. Nie pamiętasz jak jego ciało spadało z
wieży? - prychnął rudowłosy.
- Idioto, przecież to Snape go zrzucił. - wtrąciła
Ginny tracąc powoli cierpliwość. - I bardziej powinieneś martwić się o
Hermionę, bo jak widzisz nie ma jej tutaj z nami.
- Uważaj, co do mnie mówisz. - warknął wbijając w
nią wzrok.
- Lepiej ty uważaj co w ogóle mówisz! - wrzasnęła
wstając. - Jesteś Ron idiotą! Podziały już minęły a zarówno Hermiona jak i
Malfoy przyczynili się do tego, że teraz możesz tu siedzieć i żreć! Oboje mają
prawo znaleźć w tych murach schronienie, więc albo zamkniesz ten swój ryjek,
albo nie ręczę za siebie! - na potwierdzenie swoich słów napój dyniowy
wylądował na głowie chłopaka wzmagając w nim tylko złość. Uwaga całej sali
skupiła się na owej dwójce. Nagle Gryfon wyciągnął różdżkę i wycelował ją w
serce swojej siostry. W ułamku sekundy Harry zrobił to samo w stosunku do Rona
i patrzył na niego z takim mrokiem w zielonych tęczówkach iż połowę osób w
Wielkiej Sali sparaliżowało.
- Dość tego! - krzyknęła dyrektor McGonagall, ale
nikt nie drgnął nawet. - Mówię dość, albo wyrzucę was ze szkoły! - przez chwilę
cała trójka mierzyła siebie morderczymi spojrzeniami, aż w końcu Ron zabrał
swoją różdżkę i rozgniewany wyszedł z sali. Nie minęła chwila a wokół rozniosły
się rozemocjonowane szepty przeradzające się w przekrzykiwanie. Wystarczył
jednak dźwięk stłuczonego kieliszka dyrektorki a wszyscy znów zamilkli.
Obudziły ja pierwsze promienie słońca. Z dudnieniem
w głowie podniosła się do pozycji stojącej i ku własnemu zdziwieniu zauważyła
blondyna suszącego sobie głowę jakąś szmatką. Wyglądał, jakby spokojnie
przespał całą noc, chociaż w rzeczywistości prawdopodobnie nie zmrużył oka.
- Dlaczego nie obudziłeś mnie wcześniej? - spytała
ubierając buty.
- Nie byłem zmęczony. - odparł spokojnie.
- Ale niedługo będziesz. - zauważyła przemywając
twarz w misce z wodą.
- Do tego czasy powinniśmy dotrzeć na miejsce.
Wykorzystałem kilka zaklęć szukających i udało mi się określić mniej więcej
odległość do stacji. Tam już powinien był dobry kominek.
- To chodźmy. - uśmiechnęła się do niego lekko, po
czym oboje wyszli ze starej chaty kierując się za wschód.
Szli przez cztery godziny niewiele rozmawiając.
Hermiona pogrążona była w rozmyślaniach o tym, co usłyszała wcześniejszego
dnia. Pamiętała, jak Pani Molly Weasley wbiegła do pokoju, który dziewczyna
dzieliła z Ginny i pokazała jej swoją suknię ślubną. Była tak rozemocjonowana,
że nawet nie pozwoliła Granger dojść do głosu. Opowiadała o białych pawiach w
ogrodzie, magicznych świecach pod dachem kościoła i odpowiednim dobraniu
druhen, gdyż zła druhna przynosi pecha. Na dodatek polecała ciasta bez polew,
aby na wszelki wypadek nie ubrudzić sukni. Dopiero, gdy Ron wszedł do
pomieszczenia wyszła chowając sukienkę za sobą, jak przemytnik kokainę. To
również nie oznaczało nic dobrego.
Chłopak oczywiście nigdy się nie oświadczył, ale w jego domu już
nazywano ją narzeczoną Rona, rzadziej Hermioną. Nagle ujrzała przed oczami
znaną jej dobrze scenę.
Był chłodny, wiosenny wieczór. Ziemia nie zdążyła
jeszcze wchłonąć ciepła dnia a wiatr nieprzyjemnie smagał po twarzach.
Siedziała sama przed domem państwa Weasley'ów czytając książkę, którą w
dzieciństwie dostała od rodziców. Nic wielkiego, opowieści Braci Grimm, ale
jakże ważne dla dziewczyny, która dopiero co miała czas na przyswojenie utraty
tak bliskich osób. Westchnęła cicho, gdy wśród stron odnalazła laurkę zrobioną
dla mamy na jej urodziny. Zwyczajne dziecięce gryzmoły i czerwone serce
namalowane flamastrem, jednak Jane Granger cieszyła się niezwykle, gdy drobne
rączki córki przyniosły jej prezent.
- Długo będziesz tutaj siedzieć? - usłyszała za
sobą męski głos. Odwróciła się natychmiast spoglądając na Rona, który nadal
miał na swetrze plamy po zupie ogórkowej.
- Zaraz wracam. - odpowiedziała znów przyglądając
się książce. Poczuła, jak chłopak siada obok niej i zerka na przedmiot, który
trzymała w dłoniach.
- Co to? - spytał wprost drapiąc się po głowie.
- Zbiór baśni, dostałam ją kiedyś od rodziców.
- Baśnie są dla dzieci. - mruknął podpierając się
od tyłu dłońmi.
- Może i tak, ale nie chciałbyś czasami przenieść
się do jakiejś? Uratować królewnę z wieży, albo mieć ogon i żyć pod wodą? -
chłopak ziewnął nawet nie zasłaniając ust.
- Może, ale co to zmieni? Hermi, życie jest jakie
jest i musimy się z tym pogodzić. - odparł niewzruszony jej smutkiem, który
najczęściej działał mu na nerwy.
- Marzenia czynią cuda, chcę je mieć. Chcę wierzyć,
że może spotkać mnie jeszcze wiele niesamowitych rzeczy i dla nich właśnie żyć.
- wyznała głaszcząc okładkę.
- Masz mnie. - uśmiechnął się ciepło. - No chyba
nie powiesz, że ci nie wystarczam, co? - Nie odpowiedziała na to nic, jedynie
przytuliła się do ramienia chłopaka udając, że nawet go nie słyszała.
- Jesteśmy na miejscu. - z zamyślenia wyrwał ją
głos towarzysza. Rozejrzała się wokół. Nawet nie zwróciła uwagi na fakt, iż
dawno zeszli z leśnej ścieżki i otaczały ich niewielkie uliczki, kamienice oraz
kurz roznoszony przez wiatr. Miejsce nie wyglądało na zamieszkane przez
czarodziei, jednak w nawet najmniejszej wiosce można zawsze znaleźć magiczny
kominek, często ukryty przed mugolskim okiem. Przypominało raczej scenę z
westernu, brakowało jedynie koni i walki w południe.
- Masz pomysł, jak znaleźć przejście do Hogwartu? -
spojrzała na niego licząc, iż znajdzie odpowiedź.
- Możemy chodzić od domu do domu i pytać o magiczną
szkołę dla czarodziei mieszczącą się w bliżej nieokreślonym miejscu, gdzie
można nawet spotkać smoki i syreny a na zielarstwie oswajamy wrzeszczące na
wszystkich mandragory, lub... - dziewczyna roześmiała się perliście słysząc ową
wypowiedź, co najwyraźniej miało się stać, gdyż na twarzy chłopaka wyrósł ten
dobrze jej znany, zadziorny uśmiech.
- Albo? - spytała zakładając ramiona na sobie i
czekając na dalszą część.
- Albo rzucić jakiś dobry czar i po prostu pójść za
nim. - skończył wywijając ręką w powietrzu i kłaniając się aktorsko, co
spowodowało kolejną salwę śmiechu u dziewczyny. Kiedyś nie była tak beztroska,
co nie uniknęło uwadze młodego czarodzieja.
- Zajmę się tym. - odchrząknęła chowając się za
stosem beczek. Malfoy znał już te sztuczki, więc pilnował czy nikt nie będzie
ciekawy, co robi dziewczyna za beczkami po winie gapiąc się bez sensu w ścianę.
Usłyszał jak szepta proste zaklęcie lokalizujące i po dłuższej chwili na
cegłach zaczęły pojawiać się ścieżki. Plan miasta. Na samym środku migotała
czerwona kropka pokazując cel. Kiedy dotknęła ją ścieżki dostały imiona ulic,
arystokrata kucnął obok szatynki zapamiętując trasę.
- Wygląda na to, że wystarczy iść do centrum. -
zauważył.
- No, to idziemy? - spytała spoglądając na niego.
Zaczynała rozumieć, co kobiety widziały w Draco Malfoyu. Mało który mężczyzna
mógł pochwalić się taką urodą i władczością jednocześnie. Kiwnął głową, żeby wstali i podał jej rękę,
co dla dziewczyny było zaskoczeniem. Nie pamiętała, kiedy ostatnio Ron okazywał
jej jakąkolwiek kulturę. Złapała blondyna za dłoń i wstała przy okazji usuwając
zaklęcie z cegieł.
- Nie zastanawiałaś się, dlaczego jeszcze nikt nas
nie szukał? - rzucił, gdy mijali kolejny sklep z alkoholami.
- Myślałam o tym i doszłam do wniosku, że ci którzy
mają nas szukać są na to obojętni a nasi przyjaciele pewnie im wierzą. -
odparła spokojnie.
- Masz na myśli ministerstwo. - stwierdził.
- Owszem, zawsze obiecują góry złota a jak
przychodzi co do czego, to zwyczajnie zawodzą.
- W nocy dostałem list. - przyznał. - Od Pansy.
- Czyżby twoja dziewczyna az tak za tobą tęskniła?
- sama zdziwiła się zgryźliwością w swoim głosie.
- Była zaniepokojona. - odparł uśmiechając się
politująco. - Podobno Wiepszlej nie może zdzierżyć, że jesteś teraz ze mną i w
związku z tym rozwala całą szkołę.
- Słucham? - dziewczyna zatrzymała się natychmiast
wbijając rozwścieczone spojrzenie w blondyna.
- Jest zazdrosny, tyle. - chłopak wzruszył
ramionami nie do końca wiedząc na co aż tak zareagowała szatynka.
- Cudownie! Po prostu cudownie! - warknęła
gestykulując żwawo. Zauważyła, iż jakaś kobieta przygląda jej się z
zaciekawieniem. - Nie masz lepszego obiektu, to oglądania?! - jak na zawołanie
dziewczyna odwróciła się speszona.
- Chodź lepiej z ulicy. - szepnął chłopak łapiąc ją
za ramię i wciągając do zadymionego pubu, w którym dziki zespół odstawiał
country na środku sceny. Przecisnęli się przez tłum podpitych pomimo wczesnej
pory ludzi i zajęli wolną, rozpadającą się kanapę, na której zmieszczą się co
najwyżej anorektycy. W efekcie ich ramiona przylegały mocno do siebie, na co
dziewczyna nawet nie zwróciła uwagi dalej rozjuszona.
- Podać coś? - bąknęła niezbyt ładna i szczupła
kobieta o szczurzym wzroku.
- Wódkę. Razy dwa. - odparł chłopak. Dziewczyna
wypuściła balonik z gumy do żucia i skierowała się do baru.
- Bardziej wkurza go fakt, iż jestem tutaj z tobą
niż możliwość mojego roztrzaskania się o ziemię, kiedy wyskoczyliśmy z pociągu.
Każdego dnia znoszę jego docinki, publiczne poniżanie i obojętność, ale to nie
jest już uczciwe. Ja jestem...on nie, znaczy...kurde... - westchnęła ciężko
chowając twarz w dłoniach. - Nigdy nie dałam mu powodów do braku zaufania a
teraz pewnie cała szkoła świruje od plotek o niewiernej szlamie.
- Nie nazywaj siebie tak. - odparł chłodno blondyn.
- Nikt nie ma już prawa tak ciebie nazywać.
- Nie przejmuje mnie to, ale cały dom Weasley'ów
huczy od pomysłów na nasz ślub, kiedy ja niedawno dopiero pożegnałam rodziców i
przyjaciół. W ciągu jednego lata odbyły się pogrzeby Luny, Nevilla, George'a i
Kruma. To nie jest...nie jest proste. - szepnęła odbierając od kelnerki swoją
szklankę.
- Zapłaciliśmy za to. - Malfoy wykorzystał swoje
sztuczki, więc dziewczyna odeszła bez problemu. Hermiona natomiast wypiła
prawie całą zawartość szklanki na raz i pokazała szczurookiej, żeby jej dolała.
- A jak Pansy? Słyszałam, że jej rodzice uniknęli
Azkabanu.
- Mieli szczęście. - mruknął chłopak wpatrując się
w nią tak, jakby prześwietlał całą duszę szatynki.
- Nie rób tego. - szepnęła zamykając oczy. - Nie
możemy działać na siebie w ten sposób, bo to się źle skończy.
- Nie musisz się obawiać, znam zasady. - odparł
wypijając alkohol. - Iść za przeznaczeniem.
Po kilku mocniejszych drinkach i czystych
alkoholach świat stał się o wiele piękniejszym miejscem dla dwojga młodych
ludzi, którzy beztrosko przechadzali się po uliczkach nieznanego im miasta.
Prawdopodobnie picie w piątkowy wieczór było tam standardem, gdyż wszędzie
tętniło życie a wiele osób beztrosko biegało wokół fontanny ustawionej na środku
placu pokrytego kamieniem.
- Draco, co to za miejsce? - zaśmiała się
dziewczyna kręcąc wokół własnej osi.
- Nie wiem, ale musimy tu kiedyś wrócić. - odparł
łapiąc ją za rękę i kręcąc dalej.
- Już, już, już. - roześmiała się łapiąc go za
barki. - Za duuuużo helikopterów.
- Czego? - zaśmiał się widząc komiczny stan
Gryfonki.
- No helikopteryyy. - westchnęła, jakby mówiła o
czymś najoczywistszym na świecie.
- Dobra, helikoptery. - odparł uśmiechając się
zawadiacko.
- Zobacz! - pisnęła podskakując. - Sprzedają watę
cukrową, musimy mieć watę cukrową, Draco! - nie przywykł, do faktu iż
dziewczyna zwraca się do niego po imieniu, ale musiał przyznać, że było to
przyjemne. Wziął ją pod ramię, aby nie przewróciła się po drodze i oboje
skierowali się do stoiska z kolorowa watą cukrową. Kiedy podeszli do człowieka
w średnim wieku za maszyną ten popatrzył na nich, jakby ujrzał ducha. Oboje od
razu wzmogli czujność.
- Draco Malfoy i Hermiona Granger? - spytał
przyglądając im się.
- Kim jesteś? - spytała dziewczyna.
- Jest o was głośno w Proroku. Wszyscy was szukają!
- odparł nachylając się. - Jak potrzebujecie kominek, to mam jeden w domu. -
dodał. Oboje spojrzeli po sobie, nie mogli ufać każdemu, kto ich rozpozna ale
fakt, iż pisali o nich w Proroku wiele tłumaczył. Pytanie jednak, co takiego
tam zawarli, skoro mężczyzna był aż tak podekscytowany.
- Ma pan ten numer gazety? - odparł blondyn.
- Oczywiście! Zberam Proroka odkąd nauczyłem się
czytać. - zaśmiał się. - Kolieet! - krzyknął i po chwili podeszła do nich
kobieta po czterdziestce w czerwonej sukni do ziemi. - Zobacz, kogo tutaj mamy.
Muszę zaprowadzić ich do kominka, popilnuj stoiska.
- Lećcie. - uśmiechnęła się zajmując miejsce
mężczyzny.
- Chodźcie. - zwrócił się do pary zmierzając w
stronę pobliskiej kamienicy. - Nawet nie wiecie, jak znani jesteście. Wszyscy
wiedzą, że pomagaliście Zakonowi, niezwykli! Gdyby nie tacy jak wy zapewne nie
moglibyśmy teraz spokojnie spać.
- Cieszymy się pana szczęściem. - odparła już
spokojniej Hermiona.
- Tutaj, tutaj. - ponaglił ich otwierając drzwi na
parterze. Kiedy weszli do środka ich oczom ukazały się starty książek,
pergaminów i piór lewitujących pod sufitem oraz magiczne świece, model nie
podpalający papieru. Granger zawsze chciała mieć taki pakiet, ale ich cena
często przekraczała oczekiwania. - O, to ten numer. Z dzisiaj, świeżutki.
- Zobacz, jesteśmy na okładce. - dziewczyna zakryła
usta dłonią, chłopak zmarszczył czoło czytając wytłuszczony tekst.
Hermiona
Granger i Draco Malfoy w miłosnych obęciach!
Jak
wiemy, Draco Lucjusz Malfoy, który pomimo przeszłości ojca walczył o wolność
świata czarodziei i mugoli uchodzi za idealną partię. Przeznaczony Pansy
Parkinson zgodnie z odwieczną tradycją rodziny został uznany za zaginionego po
tragicznym wypadku pociągu wiozącego uczniów do szkoły magii - Hogwartu.
Wszyscy wszczęli natychmiastowe poszukiwanie arystokraty, aż w końcu udało nam
się dowiedzieć, iż przebywa on z niejaką Hermioną Granger, również uznaną za
zaginioną. Z zaufanego źródła wiemy, iż para ma się ku sobie. Czyżby pragnęli
stoczyć bój z własnym przeznaczeniem i przełamać barierę rasową uciekając z
dala od ludzkiego wzroku? Przypominamy, że panna Granger jest oficjalną
narzeczoną Ronalda Weasleya, przyjaciela Harrego Pottera, który wraz z pozostałymi
walczył przeciwko Temu - Którego - Imienia - Wymawiać - Nie - Wolno. Obecnie
nikt nie wie, gdzie podziewają się panna Granger i pan Malfoy, ale pojawiają
się pierwsze poszlaki - opuszczona chata, w której prawdopodobnie para
zakochanych spędziła noc. Więcej informacji i zdjęcia na stronie 3.
- Co to do cholery jest? - dziewczyna popatrzyła na
blondyna zszokowana.
- Nie wiem, ale nie podoba mi się to. - podsunął
jej pod nos zdjęcie pustej butelki po alkoholu w chacie, w której nocowali.
- Szuje. - warknęła wypuszczając z siebie ciężko
powietrze.
- Musimy wracać. - rzekł Malfoy w stronę starszego
mężczyzny. Ten jedynie kiwnął głową i podszedł do kominka. Wyciągnął zza jednej
z książek fioletowy woreczek i podał go parze.
Oboje wzięli po trochę proszku Fiuu i po pożegnaniu się ze sprzedawcą
waty wskoczyli w płomienie wracając do Hogwartu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz