wtorek, 20 sierpnia 2013

Prorok Codzienny




Pomimo ostatnich wydarzeń życie w Hogwarcie musiało trwać. Uczniowie nie byli traktowani ulgowo i już pierwszego dnia dostali ogrom prac do zrealizowania. Sami nauczyciele nie rozmawiali przy nich o napadzie na pociąg i zaginionej parze, ale widać było po nich, iż czasami spoglądają w stronę pustych miejsc w ławkach. Najgorzej jednak zachowywał się najmłodszy syn państwa Weasley, który z minuty na minutę wymyślał coraz to nowe obelgi w kierunku Malfoya. Nienawiść do Ślizgona była silniejsza, niż zwykła troska o Granger, co za to Ginny i Harrego doprowadzało do szału. W końcu dziewczyna nie wytrzymała i wygarnęła swojemu bratu wszystko.
 Wielka Sala tętniła życiem podczas przerwy obiadowej. Wszyscy czytali Proroka Codziennego, w którym niektórzy pokazani byli nawet na zdjęciach. Jak się okazało, nie tylko pociąg jadący do Hogwartu warty był uwagi, gdyż w ten sam dzień miejsce miało kilka innych wypadków związanych z dotarciem uczniów do magicznych szkół. Prorok doszukiwał się spisku a na ostatniej stronie migotały fotografię poszukiwanych osób, w tym Gryfonki i Ślizgona.

- Po cholerę go szukają? - warknął Ron odrzucając gazetę przed siebie, w efekcie czego wylądowała w czekoladowym puddingu.

- Bo zaginął? - odparła Ginny wzdychając głośno.

- No co ty nie powiesz? - żachnął się chłopak. - Malfoy już dawno powinien wylądować w Azkabanie jak jego ojciec. Ta sama krew, niech zgniją tam razem.

- Możesz myśleć co chcesz, ale on nam pomagał Ron. W ostatecznej bitwie zasłonił mnie swoim ciałem prawie tracąc życie. Chcę aby cało wrócił do Hogwartu. - powiedział poważnie Potter również odkładając Proroka.

- Zabawne, Harry. To on ma znak śmierciożercy na ramieniu i to on zabił Dumbledora. Nie pamiętasz jak jego ciało spadało z wieży? - prychnął rudowłosy.

- Idioto, przecież to Snape go zrzucił. - wtrąciła Ginny tracąc powoli cierpliwość. - I bardziej powinieneś martwić się o Hermionę, bo jak widzisz nie ma jej tutaj z nami.

- Uważaj, co do mnie mówisz. - warknął wbijając w nią wzrok.

- Lepiej ty uważaj co w ogóle mówisz! - wrzasnęła wstając. - Jesteś Ron idiotą! Podziały już minęły a zarówno Hermiona jak i Malfoy przyczynili się do tego, że teraz możesz tu siedzieć i żreć! Oboje mają prawo znaleźć w tych murach schronienie, więc albo zamkniesz ten swój ryjek, albo nie ręczę za siebie! - na potwierdzenie swoich słów napój dyniowy wylądował na głowie chłopaka wzmagając w nim tylko złość. Uwaga całej sali skupiła się na owej dwójce. Nagle Gryfon wyciągnął różdżkę i wycelował ją w serce swojej siostry. W ułamku sekundy Harry zrobił to samo w stosunku do Rona i patrzył na niego z takim mrokiem w zielonych tęczówkach iż połowę osób w Wielkiej Sali sparaliżowało.

- Dość tego! - krzyknęła dyrektor McGonagall, ale nikt nie drgnął nawet. - Mówię dość, albo wyrzucę was ze szkoły! - przez chwilę cała trójka mierzyła siebie morderczymi spojrzeniami, aż w końcu Ron zabrał swoją różdżkę i rozgniewany wyszedł z sali. Nie minęła chwila a wokół rozniosły się rozemocjonowane szepty przeradzające się w przekrzykiwanie. Wystarczył jednak dźwięk stłuczonego kieliszka dyrektorki a wszyscy znów zamilkli.

Obudziły ja pierwsze promienie słońca. Z dudnieniem w głowie podniosła się do pozycji stojącej i ku własnemu zdziwieniu zauważyła blondyna suszącego sobie głowę jakąś szmatką. Wyglądał, jakby spokojnie przespał całą noc, chociaż w rzeczywistości prawdopodobnie nie zmrużył oka.

- Dlaczego nie obudziłeś mnie wcześniej? - spytała ubierając buty.

- Nie byłem zmęczony. - odparł spokojnie.

- Ale niedługo będziesz. - zauważyła przemywając twarz w misce z wodą.

- Do tego czasy powinniśmy dotrzeć na miejsce. Wykorzystałem kilka zaklęć szukających i udało mi się określić mniej więcej odległość do stacji. Tam już powinien był dobry kominek.

- To chodźmy. - uśmiechnęła się do niego lekko, po czym oboje wyszli ze starej chaty kierując się za wschód.

Szli przez cztery godziny niewiele rozmawiając. Hermiona pogrążona była w rozmyślaniach o tym, co usłyszała wcześniejszego dnia. Pamiętała, jak Pani Molly Weasley wbiegła do pokoju, który dziewczyna dzieliła z Ginny i pokazała jej swoją suknię ślubną. Była tak rozemocjonowana, że nawet nie pozwoliła Granger dojść do głosu. Opowiadała o białych pawiach w ogrodzie, magicznych świecach pod dachem kościoła i odpowiednim dobraniu druhen, gdyż zła druhna przynosi pecha. Na dodatek polecała ciasta bez polew, aby na wszelki wypadek nie ubrudzić sukni. Dopiero, gdy Ron wszedł do pomieszczenia wyszła chowając sukienkę za sobą, jak przemytnik kokainę. To również nie oznaczało nic dobrego.  Chłopak oczywiście nigdy się nie oświadczył, ale w jego domu już nazywano ją narzeczoną Rona, rzadziej Hermioną. Nagle ujrzała przed oczami znaną jej dobrze scenę.

Był chłodny, wiosenny wieczór. Ziemia nie zdążyła jeszcze wchłonąć ciepła dnia a wiatr nieprzyjemnie smagał po twarzach. Siedziała sama przed domem państwa Weasley'ów czytając książkę, którą w dzieciństwie dostała od rodziców. Nic wielkiego, opowieści Braci Grimm, ale jakże ważne dla dziewczyny, która dopiero co miała czas na przyswojenie utraty tak bliskich osób. Westchnęła cicho, gdy wśród stron odnalazła laurkę zrobioną dla mamy na jej urodziny. Zwyczajne dziecięce gryzmoły i czerwone serce namalowane flamastrem, jednak Jane Granger cieszyła się niezwykle, gdy drobne rączki córki przyniosły jej prezent.

- Długo będziesz tutaj siedzieć? - usłyszała za sobą męski głos. Odwróciła się natychmiast spoglądając na Rona, który nadal miał na swetrze plamy po zupie ogórkowej.

- Zaraz wracam. - odpowiedziała znów przyglądając się książce. Poczuła, jak chłopak siada obok niej i zerka na przedmiot, który trzymała w dłoniach.

- Co to? - spytał wprost drapiąc się po głowie.

- Zbiór baśni, dostałam ją kiedyś od rodziców.

- Baśnie są dla dzieci. - mruknął podpierając się od tyłu dłońmi.

- Może i tak, ale nie chciałbyś czasami przenieść się do jakiejś? Uratować królewnę z wieży, albo mieć ogon i żyć pod wodą? - chłopak ziewnął nawet nie zasłaniając ust.

- Może, ale co to zmieni? Hermi, życie jest jakie jest i musimy się z tym pogodzić. - odparł niewzruszony jej smutkiem, który najczęściej działał mu na nerwy.

- Marzenia czynią cuda, chcę je mieć. Chcę wierzyć, że może spotkać mnie jeszcze wiele niesamowitych rzeczy i dla nich właśnie żyć. - wyznała głaszcząc okładkę.

- Masz mnie. - uśmiechnął się ciepło. - No chyba nie powiesz, że ci nie wystarczam, co? - Nie odpowiedziała na to nic, jedynie przytuliła się do ramienia chłopaka udając, że nawet go nie słyszała.

- Jesteśmy na miejscu. - z zamyślenia wyrwał ją głos towarzysza. Rozejrzała się wokół. Nawet nie zwróciła uwagi na fakt, iż dawno zeszli z leśnej ścieżki i otaczały ich niewielkie uliczki, kamienice oraz kurz roznoszony przez wiatr. Miejsce nie wyglądało na zamieszkane przez czarodziei, jednak w nawet najmniejszej wiosce można zawsze znaleźć magiczny kominek, często ukryty przed mugolskim okiem. Przypominało raczej scenę z westernu, brakowało jedynie koni i walki w południe.

- Masz pomysł, jak znaleźć przejście do Hogwartu? - spojrzała na niego licząc, iż znajdzie odpowiedź.

- Możemy chodzić od domu do domu i pytać o magiczną szkołę dla czarodziei mieszczącą się w bliżej nieokreślonym miejscu, gdzie można nawet spotkać smoki i syreny a na zielarstwie oswajamy wrzeszczące na wszystkich mandragory, lub... - dziewczyna roześmiała się perliście słysząc ową wypowiedź, co najwyraźniej miało się stać, gdyż na twarzy chłopaka wyrósł ten dobrze jej znany, zadziorny uśmiech.

- Albo? - spytała zakładając ramiona na sobie i czekając na dalszą część.

- Albo rzucić jakiś dobry czar i po prostu pójść za nim. - skończył wywijając ręką w powietrzu i kłaniając się aktorsko, co spowodowało kolejną salwę śmiechu u dziewczyny. Kiedyś nie była tak beztroska, co nie uniknęło uwadze młodego czarodzieja.

- Zajmę się tym. - odchrząknęła chowając się za stosem beczek. Malfoy znał już te sztuczki, więc pilnował czy nikt nie będzie ciekawy, co robi dziewczyna za beczkami po winie gapiąc się bez sensu w ścianę. Usłyszał jak szepta proste zaklęcie lokalizujące i po dłuższej chwili na cegłach zaczęły pojawiać się ścieżki. Plan miasta. Na samym środku migotała czerwona kropka pokazując cel. Kiedy dotknęła ją ścieżki dostały imiona ulic, arystokrata kucnął obok szatynki zapamiętując trasę.

- Wygląda na to, że wystarczy iść do centrum. - zauważył.

- No, to idziemy? - spytała spoglądając na niego. Zaczynała rozumieć, co kobiety widziały w Draco Malfoyu. Mało który mężczyzna mógł pochwalić się taką urodą i władczością jednocześnie.  Kiwnął głową, żeby wstali i podał jej rękę, co dla dziewczyny było zaskoczeniem. Nie pamiętała, kiedy ostatnio Ron okazywał jej jakąkolwiek kulturę. Złapała blondyna za dłoń i wstała przy okazji usuwając zaklęcie z cegieł.

- Nie zastanawiałaś się, dlaczego jeszcze nikt nas nie szukał? - rzucił, gdy mijali kolejny sklep z alkoholami.

- Myślałam o tym i doszłam do wniosku, że ci którzy mają nas szukać są na to obojętni a nasi przyjaciele pewnie im wierzą. - odparła spokojnie.
- Masz na myśli ministerstwo. - stwierdził.

- Owszem, zawsze obiecują góry złota a jak przychodzi co do czego, to zwyczajnie zawodzą.

- W nocy dostałem list. - przyznał. - Od Pansy.

- Czyżby twoja dziewczyna az tak za tobą tęskniła? - sama zdziwiła się zgryźliwością w swoim głosie.

- Była zaniepokojona. - odparł uśmiechając się politująco. - Podobno Wiepszlej nie może zdzierżyć, że jesteś teraz ze mną i w związku z tym rozwala całą szkołę.

- Słucham? - dziewczyna zatrzymała się natychmiast wbijając rozwścieczone spojrzenie w blondyna.

- Jest zazdrosny, tyle. - chłopak wzruszył ramionami nie do końca wiedząc na co aż tak zareagowała szatynka.

- Cudownie! Po prostu cudownie! - warknęła gestykulując żwawo. Zauważyła, iż jakaś kobieta przygląda jej się z zaciekawieniem. - Nie masz lepszego obiektu, to oglądania?! - jak na zawołanie dziewczyna odwróciła się speszona.

- Chodź lepiej z ulicy. - szepnął chłopak łapiąc ją za ramię i wciągając do zadymionego pubu, w którym dziki zespół odstawiał country na środku sceny. Przecisnęli się przez tłum podpitych pomimo wczesnej pory ludzi i zajęli wolną, rozpadającą się kanapę, na której zmieszczą się co najwyżej anorektycy. W efekcie ich ramiona przylegały mocno do siebie, na co dziewczyna nawet nie zwróciła uwagi dalej rozjuszona.

- Podać coś? - bąknęła niezbyt ładna i szczupła kobieta o szczurzym wzroku.

- Wódkę. Razy dwa. - odparł chłopak. Dziewczyna wypuściła balonik z gumy do żucia i skierowała się do baru.

- Bardziej wkurza go fakt, iż jestem tutaj z tobą niż możliwość mojego roztrzaskania się o ziemię, kiedy wyskoczyliśmy z pociągu. Każdego dnia znoszę jego docinki, publiczne poniżanie i obojętność, ale to nie jest już uczciwe. Ja jestem...on nie, znaczy...kurde... - westchnęła ciężko chowając twarz w dłoniach. - Nigdy nie dałam mu powodów do braku zaufania a teraz pewnie cała szkoła świruje od plotek o niewiernej szlamie.

- Nie nazywaj siebie tak. - odparł chłodno blondyn. - Nikt nie ma już prawa tak ciebie nazywać.

- Nie przejmuje mnie to, ale cały dom Weasley'ów huczy od pomysłów na nasz ślub, kiedy ja niedawno dopiero pożegnałam rodziców i przyjaciół. W ciągu jednego lata odbyły się pogrzeby Luny, Nevilla, George'a i Kruma. To nie jest...nie jest proste. - szepnęła odbierając od kelnerki swoją szklankę.

- Zapłaciliśmy za to. - Malfoy wykorzystał swoje sztuczki, więc dziewczyna odeszła bez problemu. Hermiona natomiast wypiła prawie całą zawartość szklanki na raz i pokazała szczurookiej, żeby jej dolała.

- A jak Pansy? Słyszałam, że jej rodzice uniknęli Azkabanu.

- Mieli szczęście. - mruknął chłopak wpatrując się w nią tak, jakby prześwietlał całą duszę szatynki.

- Nie rób tego. - szepnęła zamykając oczy. - Nie możemy działać na siebie w ten sposób, bo to się źle skończy.

- Nie musisz się obawiać, znam zasady. - odparł wypijając alkohol. - Iść za przeznaczeniem.


Po kilku mocniejszych drinkach i czystych alkoholach świat stał się o wiele piękniejszym miejscem dla dwojga młodych ludzi, którzy beztrosko przechadzali się po uliczkach nieznanego im miasta. Prawdopodobnie picie w piątkowy wieczór było tam standardem, gdyż wszędzie tętniło życie a wiele osób beztrosko biegało wokół fontanny ustawionej na środku placu pokrytego kamieniem.

- Draco, co to za miejsce? - zaśmiała się dziewczyna kręcąc wokół własnej osi.

- Nie wiem, ale musimy tu kiedyś wrócić. - odparł łapiąc ją za rękę i kręcąc dalej.

- Już, już, już. - roześmiała się łapiąc go za barki. - Za duuuużo helikopterów.

- Czego? - zaśmiał się widząc komiczny stan Gryfonki.

- No helikopteryyy. - westchnęła, jakby mówiła o czymś najoczywistszym na świecie.

- Dobra, helikoptery. - odparł uśmiechając się zawadiacko.

- Zobacz! - pisnęła podskakując. - Sprzedają watę cukrową, musimy mieć watę cukrową, Draco! - nie przywykł, do faktu iż dziewczyna zwraca się do niego po imieniu, ale musiał przyznać, że było to przyjemne. Wziął ją pod ramię, aby nie przewróciła się po drodze i oboje skierowali się do stoiska z kolorowa watą cukrową. Kiedy podeszli do człowieka w średnim wieku za maszyną ten popatrzył na nich, jakby ujrzał ducha. Oboje od razu wzmogli czujność.

- Draco Malfoy i Hermiona Granger? - spytał przyglądając im się.

- Kim jesteś? - spytała dziewczyna.

- Jest o was głośno w Proroku. Wszyscy was szukają! - odparł nachylając się. - Jak potrzebujecie kominek, to mam jeden w domu. - dodał. Oboje spojrzeli po sobie, nie mogli ufać każdemu, kto ich rozpozna ale fakt, iż pisali o nich w Proroku wiele tłumaczył. Pytanie jednak, co takiego tam zawarli, skoro mężczyzna był aż tak podekscytowany.

- Ma pan ten numer gazety? - odparł blondyn.

- Oczywiście! Zberam Proroka odkąd nauczyłem się czytać. - zaśmiał się. - Kolieet! - krzyknął i po chwili podeszła do nich kobieta po czterdziestce w czerwonej sukni do ziemi. - Zobacz, kogo tutaj mamy. Muszę zaprowadzić ich do kominka, popilnuj stoiska.

- Lećcie. - uśmiechnęła się zajmując miejsce mężczyzny.

- Chodźcie. - zwrócił się do pary zmierzając w stronę pobliskiej kamienicy. - Nawet nie wiecie, jak znani jesteście. Wszyscy wiedzą, że pomagaliście Zakonowi, niezwykli! Gdyby nie tacy jak wy zapewne nie moglibyśmy teraz spokojnie spać.

- Cieszymy się pana szczęściem. - odparła już spokojniej Hermiona.

- Tutaj, tutaj. - ponaglił ich otwierając drzwi na parterze. Kiedy weszli do środka ich oczom ukazały się starty książek, pergaminów i piór lewitujących pod sufitem oraz magiczne świece, model nie podpalający papieru. Granger zawsze chciała mieć taki pakiet, ale ich cena często przekraczała oczekiwania. - O, to ten numer. Z dzisiaj, świeżutki.

- Zobacz, jesteśmy na okładce. - dziewczyna zakryła usta dłonią, chłopak zmarszczył czoło czytając wytłuszczony tekst.

Hermiona Granger i Draco Malfoy w miłosnych obęciach!

Jak wiemy, Draco Lucjusz Malfoy, który pomimo przeszłości ojca walczył o wolność świata czarodziei i mugoli uchodzi za idealną partię. Przeznaczony Pansy Parkinson zgodnie z odwieczną tradycją rodziny został uznany za zaginionego po tragicznym wypadku pociągu wiozącego uczniów do szkoły magii - Hogwartu. Wszyscy wszczęli natychmiastowe poszukiwanie arystokraty, aż w końcu udało nam się dowiedzieć, iż przebywa on z niejaką Hermioną Granger, również uznaną za zaginioną. Z zaufanego źródła wiemy, iż para ma się ku sobie. Czyżby pragnęli stoczyć bój z własnym przeznaczeniem i przełamać barierę rasową uciekając z dala od ludzkiego wzroku? Przypominamy, że panna Granger jest oficjalną narzeczoną Ronalda Weasleya, przyjaciela Harrego Pottera, który wraz z pozostałymi walczył przeciwko Temu - Którego - Imienia - Wymawiać - Nie - Wolno. Obecnie nikt nie wie, gdzie podziewają się panna Granger i pan Malfoy, ale pojawiają się pierwsze poszlaki - opuszczona chata, w której prawdopodobnie para zakochanych spędziła noc. Więcej informacji i zdjęcia na stronie 3.

- Co to do cholery jest? - dziewczyna popatrzyła na blondyna zszokowana.

- Nie wiem, ale nie podoba mi się to. - podsunął jej pod nos zdjęcie pustej butelki po alkoholu w chacie, w której nocowali.


- Szuje. - warknęła wypuszczając z siebie ciężko powietrze.

- Musimy wracać. - rzekł Malfoy w stronę starszego mężczyzny. Ten jedynie kiwnął głową i podszedł do kominka. Wyciągnął zza jednej z książek fioletowy woreczek i podał go parze.  Oboje wzięli po trochę proszku Fiuu i po pożegnaniu się ze sprzedawcą waty wskoczyli w płomienie wracając do Hogwartu. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz