środa, 21 sierpnia 2013

Tajemnica cz. 1





Noc była spokojna, chociaż koniec lata dawał o sobie znaki. Specyficzny zapach jesieni unosił się wokół obwieszczając zbliżające ochłodzenie. Dwoje młodych ludzi siedziało w jednej z wież Hogwartu rozmawiając o wszystkim, co miało miejsce niedawno.

- Nie wierzę, że to był zwykły wypadek. - przyznała dziewczyna okrywając się narzutą znalezioną w kącie pomieszczenia.

- Ja też, to co wbiło się w korytarz miało za zadanie przynajmniej okaleczyć. - odparł blondyn kładąc się na sianie. Większość sów odleciała z wieży na nocne łowy, więc nie musieli przejmować się hałasem, który mogły narobić.

- Nie zastanawia cię fakt, iż w całym pociągu tylko nas mogło to zabić? - spojrzała na niego porozumiewawczo.

- Zemsta?

- Jest trochę ludzi, którzy mogą mieć do nas urazę. Chociażby rodziny śmierciożerów, których wpakowaliśmy do Azkabanu.  - chłopak westchnął ciężko.

- Jeżeli to prawda, to musimy sami wszystko zbadać. Prorok i Ministerstwo nic nam nie dadzą, bardziej zastanawia ich, co nas łączy. - rzucił zamykając oczy.

- Ron i Pansy pewnie dolali oliwy do ognia.

- Pansy nic nie wie, jest zazdrosna o każdego, kto przebywa obok dłużej niż minutę. - mruknął znużony.

- Też nie mówiłam Ronowi. Jest...porywczy, czasami za bardzo. Potrafi z głupiego listu od Kruma znalezionego gdzieś w śmieciach zrobić problem, nie ma w ogóle szacunku do jego śmierci. - chłopak popatrzył na nią zmęczony.

- Nie chcę, żebyś cierpiała. - odparł dotykając jej dłoni. Cofnęła ją natychmiast.

- Draco, proszę. - szepnęła. - To nie jest dla mnie łatwe. Nawet nie wiesz, ile razy brakowało mi ciebie obok. To, co się działo...nie zdajesz sobie sprawy. Ja wiem, że tak właśnie musimy żyć, że ty masz być z Pensy a ja z Ronem. To nasze przeznaczenie i nic tego nie zmieni.

- Szukałem sposobu. - warknął zaciskając szczęki. - Szukałem sposobu na tę cholerną klątwę, Granger. Pojechałem do samej Tajlandii, ale za cholerę nikt nie zna rozwiązania. - szatynka popatrzyła na niego ze smutkiem. Powoli wyciągnęła dłoń spod koca i splotła swoje palce z palcami blondyna. Ten natychmiast spojrzał na nią. - Oddałbym wszystko, żeby móc z tobą być, Hermiono.

- Ja też, Draco. - jęknęła czując jak spod jej oczu wypływając łzy. Opadła na klatkę blondyna płacząc cicho. Chłopak przycisnął ją mocniej do siebie czując coraz większą nienawiść do ojca, który zesłał mu takowy los.

Wiadomość o powrocie Ślizgona i Gryfonki rozniosła się z prędkością światła. Wszyscy dopytywali się, czy to co wyczytali w Proroku jest prawdą nie zwracając nawet uwagi na gniewne spojrzenia Malfoya i ostre odpowiedzi Granger. Najgorsi jednak okazali się ci, którzy związali z nimi swoje życie. Pansy miotała wściekłymi komentarzami w stronę szatynki a Ron widząc gdziekolwiek blondyna odgrażał się, że w końcu go zabije. W efekcie zarówno panicz Malfoy jak i panna Granger chowali się przed światem skupiając na sytuacji, która miała miejsce w pociągu. Były to momenty rzadkie, ale jednak dawały efekty.

- Udało mi się podkraść do gabinetu McGonagall. Merlinie, żeby nic nie zauważyła. - mruknęła dziewczyna rozkładając przed nimi długi pergamin z opisem całego wypadku.

- "Nie znaleziono żadnych śladów czarnej magii" - zacytował chłopak drapiąc się po brodzie.

- Nieważne jaki to był rodzaj magii, miał za zadanie skrzywdzić. - westchnęła siadając na jednym z drewnianych krzeseł. Znajdywali się w pustej sali od historii, którą wcześniej zabezpieczyli czarami, aby nikt ich nie słyszał.

- W Carmody miał miejsce podobny wypadek, też napadnięto na pociąg pełen uczniów. No i też ktoś zaginął.

- Lucy Spenser. - oparła szatynka podnosząc jeden z pergaminów. - Uczennica piątego roku z Dumstrangu.

- Nie kojarzę jej. - przyznał wyjmując z kieszeni paczkę papierosów. Nie zareagowała na to, przyzwyczaiła się już do nałogów chłopaka i nie przeszkadzały jej o ile nie pogłębiał się w nich bardziej.


Grudniowy wieczór, właśnie ogłoszono iż Lucjusz Malfoy został złapany przez Ministerstwo i zamknięty w Azkabanie dożywotnio. Mroczne czasy minęły a świat magii powoli wracał na dawne tory. W jednym z mniej uczęszczanych pubów siedział nastoletni chłopak pijąc zwykłą, mugolską whisky. Nie chciał przebywać wśród czarodziei, gdy wszyscy rozmawiali o jego ojcu i matce. Może i nie darzył ich żadnym szacunkiem czy miłością, jednak miał poczucie, iż wojna się skończyła a on pozostał sam ze swoim bagażem cierpienia i niewolnictwa. Wokół unosił się dym palonych przez niektórych ludzi papierosów i zapach potu. Taki właśnie był Pub pod Gołą Babą, w którym alkohol kosztował grosze a klienci równie dobrze mogli siedzieć w więzieniu ozdobieni masą tatuaży i kolczyków w przeróżnych miejscach. Pomimo to właśnie tam Draco Malfoy przepijał swój los pragnąc, aby wszyscy dali mu święty spokój. Po kolejnej już whisky zaczął odczuwać efekty wypitego alkoholu, na co właśnie liczył. Zresetować się na tyle, aby nic nie pamiętać. Zamówił następną kolejkę, gdy miejsce obok niego zajęła zasmucona dziewczyna. Była jak zawsze piękna, przynajmniej dla niego. Nie wyuzdana jak ta, którą musiał poślubić, Hermiona była po prostu dziewczęca. Na dodatek rozumiała go bez słów, co potrafiła tylko ona.

- Może lepiej, jak dokończysz w domu? - szepnęła przyglądając się chłopakowi. Nie wyglądał dobrze, miał podkrążone oczy i nieogolony od kilku dni zarost.

- Wątpię. - odparł biorąc od kelnerki kolejną szklankę whisky. - Nie chcę tam teraz wracać. - dodał upijając potężny łyk.

- Możesz nocować u mnie, rodzice przenieśli się do Ameryki i pozostawili dom pusty. Zatrzymałam się tam na chwilę. - zaproponowała kręcąc młynki kciukami. Blondyn przyjrzał jej się dokładnie.

- Nie będę upijać się w twoim domu. - zaprotestował wzdychając głośno. - Masz tam swoje wspomnienia, niech pozostaną nietknięte.

- To tylko gołe ściany, zabrali wszystko ze sobą. Mama nawet wykopała róże, widziałam je w ogródku sąsiadki. - wzruszyła ramionami. - Wiem, że nie jest ci łatwo przez to, co dzieje się teraz, ale zawsze możesz na mnie liczyć. Nie pozwolę ci upaść.

- Granger, ja już upadłem. - odparł wypijając alkohol do dna. Skrzywił się lekko i znów spojrzał w stronę kelnerki. Ta przyszła natychmiast z ochotą przynosząc mu przygotowaną wcześniej kolejkę.- Mój ojciec gnije w Azkabanie, matka w psychiatryku a przyszła żona zapewne przelicza teraz wszystkie pieniądze jakie mam, żeby starczyło na jej wszystkie wybryki. Prorok dobija się do mnie drzwiami i oknami, rodzina Pansy wciąż opowiada o ślubie a ja w tym momencie chcę się zwyczajnie upić i nie myśleć o niczym innym.

- Plotki o twoim ojcu w końcu ustaną, może mama wyzdrowieje za jakiś czas a z Pansy spróbuj pogadać. Przynajmniej nie powiesz mi, że masz opory w kwestiach łóżkowych? - mruknęła podpierając brodę ręką. Chłopak natychmiast wycelował w nią złowrogie spojrzenie.

- Myślisz, że mógłbym przespać się z Parkinson? Albo jakąkolwiek inną dziewczyną, Granger? Za kogo ty mnie w ogóle uważasz? - warknął cicho.

- W końcu zapragniesz potomka a to chyba jedyny sposób, prawda? - szepnęła przyglądając mu się smutnie. - Rodzice Rona w kółko o tym mówią a mi powoli zaczyna brakować wymówek. Jest...niecierpliwy i odrzuca mnie świadomość, że mógłby...no wiesz, dotknąć mnie w inny sposób. Jednak oboje wiemy, iż innego wyjścia nie mamy. - westchnęła zamykając oczy.

- Też powinnaś się napić. - rzucił odpalając papierosa. - Chodźmy do ciebie. - dodał wstając od stolika i podając dziewczynie dłoń. Przyjęła ją uśmiechając się nikle.

- Masz karalucha na dekolcie. - usłyszała nagle wyrwana z zamyślenia. Wstała szybko otrzepując się, ale nic niepokojącego na sobie nie zauważyła.

- Bardzo śmieszne, Malfoy. - mruknęła znów zajmując swoje miejsce przy biurku.

- Patrzyłaś się tempo przed siebie, więc musiałem cię jakoś umysłowo obudzić. - uśmiechnął się perfidnie gasząc papierosa o posadzkę. Dziewczyna pokręciła różdżką i po niedopałku nie pozostał żaden ślad.

- Zamyśliłam się. - odparła znów sięgając po pergaminy.

- Wracałaś do przeszłości? - bardziej stwierdził, niż spytał.

- Jej wujek należał do Zakonu, zobacz. - powiedziała pomijając pytanie chłopaka. Stanął za nią czytając.

- "Jedyna żyjąca rodzina to Thomas Felton również uznany za zaginionego".

- Nie podoba mi się to. - szepnęła chowając twarz w dłonie. - Marc Demlan jest kuzynek Estery Fitschback, która też działała w Zakonie, on również zniknął. Nas także ktoś zaatakował, widocznie jacyś poplecznicy Voldemorta nadal są na wolności i mszczą się teraz. - poczuła jak chłopak odsuwa się od niej i po chwili zajął miejsce obok.

- Skupmy się na tym, co wiemy. Przeciwnik działa bez używania czarnej magii, więc trudniej jest go namierzyć. Lista śmierciożerców została prawdopodobnie zapełniona i wszyscy gniją w Azkabanie. Jeżeli nie ma znaku na ramieniu, to będzie jeszcze trudniej. Do tego jak na razie interesuje go głównie rodzina ludzi z Zakonu. My nie mamy tak po prawdzie nikogo, ale... - Hermiona nagle podniosła głowę i wbiła w chłopaka przerażone spojrzenie.

- Może i moi rodzice mnie nie pamiętają, ale ich zdjęcia są w papierach w szkole. Wystarczą proste zaklęcia i można ich namierzyć. - pisnęła zakrywając dłonią usta. Blondyn złapał ją mocno za drugą dłoń mówiąc stanowczo.

- Nic im nie będzie, wyślę do nich skrzaty domowe. Będą ich pilnować. - obiecał.

- Jeżeli przeciwnik jest dość silny nie dadzą sobie rady. Mają tylko podstawowy zakres magii.

- Zdążą ich przetransportować do mojego domu, tam będą bezpieczni. - rzekł całując jej palce. - Nie bój się, nie zostawię ani ich, ani ciebie.

- Draco...a co z resztą ludzi, na których nam zależy? Co z Weasleyami, Harrym, Pansy, Blaisem...nie mówiąc już o Zakonie, mamy tam przyjaciół. - szepnęła czując, jak łamie jej się głos.

- Dlatego musimy jak najszybciej udać się do bazy i porozmawiać z nimi. Prawdopodobnie mają już jakieś informacje, wszystko jest tylko kwestią czasu. - zapewnił gładząc ją po włosach.

- Masz rację, musimy udać się do Zakonu i zdać im raport. Jutro wieczorem Ron i chłopaki z zespołu idą do Hogsmade na piwo kremowe, pogadam z Harrym i możemy działać.

- Powiem Pansy, że mam szlaban u Binsa i muszę sprzątać salę od historii...szczoteczką do zębów, czy coś. - uśmiechnął się posępnie na myśl o jękach niezadowolonej brunetki.

- Mogę dać ci trochę eliksiru nasennego. - zaproponowała dziewczyna uśmiechając się zalotnie.

- Proszę, proszę. Gdyby nie te miesiące spędzone razem stwierdziłbym, że ktoś tutaj pomylił role. - zaśmiał się przyglądając jej z zainteresowaniem. Po chwili dopiero ogarnęli, iż nadal trzymają się za ręce. Dziewczyna wstała szybko składając pergaminy do drewnianego pudełka.

- Spadam, zanim Ron wróci z treningu. Ostatnio jest strasznie nakręcony na wszystko, chyba sama zaaplikuje mu w końcu porządną dawkę usypiacza. - mruknęła. Malfoy dalej spoglądał na nią hipnotyzując wzrokiem.

- Brakowało mi zadań z tobą. - przyznał przecierając brodę dłonią.

- Mi również, możemy po wszystkim założyć firmę detektywistyczną. - zaśmiała się wrzucając wszystko do torby.

- Po szkole wyjeżdżam. - wyznał. - Załatwiłem sobie przydział w Australii, potrzebują tam młodych aurorów. - Hermiona spojrzała na niego zszokowana, ale kiwnęła jedynie głową. Nie mogli liczyć na nic innego a im dalej od siebie, tym większa szansa na normalne życie. Bez słowa pożegnali się pod kominkiem i każde z nich przeniosło się do swojego dormitorium.

wtorek, 20 sierpnia 2013

Prorok Codzienny




Pomimo ostatnich wydarzeń życie w Hogwarcie musiało trwać. Uczniowie nie byli traktowani ulgowo i już pierwszego dnia dostali ogrom prac do zrealizowania. Sami nauczyciele nie rozmawiali przy nich o napadzie na pociąg i zaginionej parze, ale widać było po nich, iż czasami spoglądają w stronę pustych miejsc w ławkach. Najgorzej jednak zachowywał się najmłodszy syn państwa Weasley, który z minuty na minutę wymyślał coraz to nowe obelgi w kierunku Malfoya. Nienawiść do Ślizgona była silniejsza, niż zwykła troska o Granger, co za to Ginny i Harrego doprowadzało do szału. W końcu dziewczyna nie wytrzymała i wygarnęła swojemu bratu wszystko.
 Wielka Sala tętniła życiem podczas przerwy obiadowej. Wszyscy czytali Proroka Codziennego, w którym niektórzy pokazani byli nawet na zdjęciach. Jak się okazało, nie tylko pociąg jadący do Hogwartu warty był uwagi, gdyż w ten sam dzień miejsce miało kilka innych wypadków związanych z dotarciem uczniów do magicznych szkół. Prorok doszukiwał się spisku a na ostatniej stronie migotały fotografię poszukiwanych osób, w tym Gryfonki i Ślizgona.

- Po cholerę go szukają? - warknął Ron odrzucając gazetę przed siebie, w efekcie czego wylądowała w czekoladowym puddingu.

- Bo zaginął? - odparła Ginny wzdychając głośno.

- No co ty nie powiesz? - żachnął się chłopak. - Malfoy już dawno powinien wylądować w Azkabanie jak jego ojciec. Ta sama krew, niech zgniją tam razem.

- Możesz myśleć co chcesz, ale on nam pomagał Ron. W ostatecznej bitwie zasłonił mnie swoim ciałem prawie tracąc życie. Chcę aby cało wrócił do Hogwartu. - powiedział poważnie Potter również odkładając Proroka.

- Zabawne, Harry. To on ma znak śmierciożercy na ramieniu i to on zabił Dumbledora. Nie pamiętasz jak jego ciało spadało z wieży? - prychnął rudowłosy.

- Idioto, przecież to Snape go zrzucił. - wtrąciła Ginny tracąc powoli cierpliwość. - I bardziej powinieneś martwić się o Hermionę, bo jak widzisz nie ma jej tutaj z nami.

- Uważaj, co do mnie mówisz. - warknął wbijając w nią wzrok.

- Lepiej ty uważaj co w ogóle mówisz! - wrzasnęła wstając. - Jesteś Ron idiotą! Podziały już minęły a zarówno Hermiona jak i Malfoy przyczynili się do tego, że teraz możesz tu siedzieć i żreć! Oboje mają prawo znaleźć w tych murach schronienie, więc albo zamkniesz ten swój ryjek, albo nie ręczę za siebie! - na potwierdzenie swoich słów napój dyniowy wylądował na głowie chłopaka wzmagając w nim tylko złość. Uwaga całej sali skupiła się na owej dwójce. Nagle Gryfon wyciągnął różdżkę i wycelował ją w serce swojej siostry. W ułamku sekundy Harry zrobił to samo w stosunku do Rona i patrzył na niego z takim mrokiem w zielonych tęczówkach iż połowę osób w Wielkiej Sali sparaliżowało.

- Dość tego! - krzyknęła dyrektor McGonagall, ale nikt nie drgnął nawet. - Mówię dość, albo wyrzucę was ze szkoły! - przez chwilę cała trójka mierzyła siebie morderczymi spojrzeniami, aż w końcu Ron zabrał swoją różdżkę i rozgniewany wyszedł z sali. Nie minęła chwila a wokół rozniosły się rozemocjonowane szepty przeradzające się w przekrzykiwanie. Wystarczył jednak dźwięk stłuczonego kieliszka dyrektorki a wszyscy znów zamilkli.

Obudziły ja pierwsze promienie słońca. Z dudnieniem w głowie podniosła się do pozycji stojącej i ku własnemu zdziwieniu zauważyła blondyna suszącego sobie głowę jakąś szmatką. Wyglądał, jakby spokojnie przespał całą noc, chociaż w rzeczywistości prawdopodobnie nie zmrużył oka.

- Dlaczego nie obudziłeś mnie wcześniej? - spytała ubierając buty.

- Nie byłem zmęczony. - odparł spokojnie.

- Ale niedługo będziesz. - zauważyła przemywając twarz w misce z wodą.

- Do tego czasy powinniśmy dotrzeć na miejsce. Wykorzystałem kilka zaklęć szukających i udało mi się określić mniej więcej odległość do stacji. Tam już powinien był dobry kominek.

- To chodźmy. - uśmiechnęła się do niego lekko, po czym oboje wyszli ze starej chaty kierując się za wschód.

Szli przez cztery godziny niewiele rozmawiając. Hermiona pogrążona była w rozmyślaniach o tym, co usłyszała wcześniejszego dnia. Pamiętała, jak Pani Molly Weasley wbiegła do pokoju, który dziewczyna dzieliła z Ginny i pokazała jej swoją suknię ślubną. Była tak rozemocjonowana, że nawet nie pozwoliła Granger dojść do głosu. Opowiadała o białych pawiach w ogrodzie, magicznych świecach pod dachem kościoła i odpowiednim dobraniu druhen, gdyż zła druhna przynosi pecha. Na dodatek polecała ciasta bez polew, aby na wszelki wypadek nie ubrudzić sukni. Dopiero, gdy Ron wszedł do pomieszczenia wyszła chowając sukienkę za sobą, jak przemytnik kokainę. To również nie oznaczało nic dobrego.  Chłopak oczywiście nigdy się nie oświadczył, ale w jego domu już nazywano ją narzeczoną Rona, rzadziej Hermioną. Nagle ujrzała przed oczami znaną jej dobrze scenę.

Był chłodny, wiosenny wieczór. Ziemia nie zdążyła jeszcze wchłonąć ciepła dnia a wiatr nieprzyjemnie smagał po twarzach. Siedziała sama przed domem państwa Weasley'ów czytając książkę, którą w dzieciństwie dostała od rodziców. Nic wielkiego, opowieści Braci Grimm, ale jakże ważne dla dziewczyny, która dopiero co miała czas na przyswojenie utraty tak bliskich osób. Westchnęła cicho, gdy wśród stron odnalazła laurkę zrobioną dla mamy na jej urodziny. Zwyczajne dziecięce gryzmoły i czerwone serce namalowane flamastrem, jednak Jane Granger cieszyła się niezwykle, gdy drobne rączki córki przyniosły jej prezent.

- Długo będziesz tutaj siedzieć? - usłyszała za sobą męski głos. Odwróciła się natychmiast spoglądając na Rona, który nadal miał na swetrze plamy po zupie ogórkowej.

- Zaraz wracam. - odpowiedziała znów przyglądając się książce. Poczuła, jak chłopak siada obok niej i zerka na przedmiot, który trzymała w dłoniach.

- Co to? - spytał wprost drapiąc się po głowie.

- Zbiór baśni, dostałam ją kiedyś od rodziców.

- Baśnie są dla dzieci. - mruknął podpierając się od tyłu dłońmi.

- Może i tak, ale nie chciałbyś czasami przenieść się do jakiejś? Uratować królewnę z wieży, albo mieć ogon i żyć pod wodą? - chłopak ziewnął nawet nie zasłaniając ust.

- Może, ale co to zmieni? Hermi, życie jest jakie jest i musimy się z tym pogodzić. - odparł niewzruszony jej smutkiem, który najczęściej działał mu na nerwy.

- Marzenia czynią cuda, chcę je mieć. Chcę wierzyć, że może spotkać mnie jeszcze wiele niesamowitych rzeczy i dla nich właśnie żyć. - wyznała głaszcząc okładkę.

- Masz mnie. - uśmiechnął się ciepło. - No chyba nie powiesz, że ci nie wystarczam, co? - Nie odpowiedziała na to nic, jedynie przytuliła się do ramienia chłopaka udając, że nawet go nie słyszała.

- Jesteśmy na miejscu. - z zamyślenia wyrwał ją głos towarzysza. Rozejrzała się wokół. Nawet nie zwróciła uwagi na fakt, iż dawno zeszli z leśnej ścieżki i otaczały ich niewielkie uliczki, kamienice oraz kurz roznoszony przez wiatr. Miejsce nie wyglądało na zamieszkane przez czarodziei, jednak w nawet najmniejszej wiosce można zawsze znaleźć magiczny kominek, często ukryty przed mugolskim okiem. Przypominało raczej scenę z westernu, brakowało jedynie koni i walki w południe.

- Masz pomysł, jak znaleźć przejście do Hogwartu? - spojrzała na niego licząc, iż znajdzie odpowiedź.

- Możemy chodzić od domu do domu i pytać o magiczną szkołę dla czarodziei mieszczącą się w bliżej nieokreślonym miejscu, gdzie można nawet spotkać smoki i syreny a na zielarstwie oswajamy wrzeszczące na wszystkich mandragory, lub... - dziewczyna roześmiała się perliście słysząc ową wypowiedź, co najwyraźniej miało się stać, gdyż na twarzy chłopaka wyrósł ten dobrze jej znany, zadziorny uśmiech.

- Albo? - spytała zakładając ramiona na sobie i czekając na dalszą część.

- Albo rzucić jakiś dobry czar i po prostu pójść za nim. - skończył wywijając ręką w powietrzu i kłaniając się aktorsko, co spowodowało kolejną salwę śmiechu u dziewczyny. Kiedyś nie była tak beztroska, co nie uniknęło uwadze młodego czarodzieja.

- Zajmę się tym. - odchrząknęła chowając się za stosem beczek. Malfoy znał już te sztuczki, więc pilnował czy nikt nie będzie ciekawy, co robi dziewczyna za beczkami po winie gapiąc się bez sensu w ścianę. Usłyszał jak szepta proste zaklęcie lokalizujące i po dłuższej chwili na cegłach zaczęły pojawiać się ścieżki. Plan miasta. Na samym środku migotała czerwona kropka pokazując cel. Kiedy dotknęła ją ścieżki dostały imiona ulic, arystokrata kucnął obok szatynki zapamiętując trasę.

- Wygląda na to, że wystarczy iść do centrum. - zauważył.

- No, to idziemy? - spytała spoglądając na niego. Zaczynała rozumieć, co kobiety widziały w Draco Malfoyu. Mało który mężczyzna mógł pochwalić się taką urodą i władczością jednocześnie.  Kiwnął głową, żeby wstali i podał jej rękę, co dla dziewczyny było zaskoczeniem. Nie pamiętała, kiedy ostatnio Ron okazywał jej jakąkolwiek kulturę. Złapała blondyna za dłoń i wstała przy okazji usuwając zaklęcie z cegieł.

- Nie zastanawiałaś się, dlaczego jeszcze nikt nas nie szukał? - rzucił, gdy mijali kolejny sklep z alkoholami.

- Myślałam o tym i doszłam do wniosku, że ci którzy mają nas szukać są na to obojętni a nasi przyjaciele pewnie im wierzą. - odparła spokojnie.
- Masz na myśli ministerstwo. - stwierdził.

- Owszem, zawsze obiecują góry złota a jak przychodzi co do czego, to zwyczajnie zawodzą.

- W nocy dostałem list. - przyznał. - Od Pansy.

- Czyżby twoja dziewczyna az tak za tobą tęskniła? - sama zdziwiła się zgryźliwością w swoim głosie.

- Była zaniepokojona. - odparł uśmiechając się politująco. - Podobno Wiepszlej nie może zdzierżyć, że jesteś teraz ze mną i w związku z tym rozwala całą szkołę.

- Słucham? - dziewczyna zatrzymała się natychmiast wbijając rozwścieczone spojrzenie w blondyna.

- Jest zazdrosny, tyle. - chłopak wzruszył ramionami nie do końca wiedząc na co aż tak zareagowała szatynka.

- Cudownie! Po prostu cudownie! - warknęła gestykulując żwawo. Zauważyła, iż jakaś kobieta przygląda jej się z zaciekawieniem. - Nie masz lepszego obiektu, to oglądania?! - jak na zawołanie dziewczyna odwróciła się speszona.

- Chodź lepiej z ulicy. - szepnął chłopak łapiąc ją za ramię i wciągając do zadymionego pubu, w którym dziki zespół odstawiał country na środku sceny. Przecisnęli się przez tłum podpitych pomimo wczesnej pory ludzi i zajęli wolną, rozpadającą się kanapę, na której zmieszczą się co najwyżej anorektycy. W efekcie ich ramiona przylegały mocno do siebie, na co dziewczyna nawet nie zwróciła uwagi dalej rozjuszona.

- Podać coś? - bąknęła niezbyt ładna i szczupła kobieta o szczurzym wzroku.

- Wódkę. Razy dwa. - odparł chłopak. Dziewczyna wypuściła balonik z gumy do żucia i skierowała się do baru.

- Bardziej wkurza go fakt, iż jestem tutaj z tobą niż możliwość mojego roztrzaskania się o ziemię, kiedy wyskoczyliśmy z pociągu. Każdego dnia znoszę jego docinki, publiczne poniżanie i obojętność, ale to nie jest już uczciwe. Ja jestem...on nie, znaczy...kurde... - westchnęła ciężko chowając twarz w dłoniach. - Nigdy nie dałam mu powodów do braku zaufania a teraz pewnie cała szkoła świruje od plotek o niewiernej szlamie.

- Nie nazywaj siebie tak. - odparł chłodno blondyn. - Nikt nie ma już prawa tak ciebie nazywać.

- Nie przejmuje mnie to, ale cały dom Weasley'ów huczy od pomysłów na nasz ślub, kiedy ja niedawno dopiero pożegnałam rodziców i przyjaciół. W ciągu jednego lata odbyły się pogrzeby Luny, Nevilla, George'a i Kruma. To nie jest...nie jest proste. - szepnęła odbierając od kelnerki swoją szklankę.

- Zapłaciliśmy za to. - Malfoy wykorzystał swoje sztuczki, więc dziewczyna odeszła bez problemu. Hermiona natomiast wypiła prawie całą zawartość szklanki na raz i pokazała szczurookiej, żeby jej dolała.

- A jak Pansy? Słyszałam, że jej rodzice uniknęli Azkabanu.

- Mieli szczęście. - mruknął chłopak wpatrując się w nią tak, jakby prześwietlał całą duszę szatynki.

- Nie rób tego. - szepnęła zamykając oczy. - Nie możemy działać na siebie w ten sposób, bo to się źle skończy.

- Nie musisz się obawiać, znam zasady. - odparł wypijając alkohol. - Iść za przeznaczeniem.


Po kilku mocniejszych drinkach i czystych alkoholach świat stał się o wiele piękniejszym miejscem dla dwojga młodych ludzi, którzy beztrosko przechadzali się po uliczkach nieznanego im miasta. Prawdopodobnie picie w piątkowy wieczór było tam standardem, gdyż wszędzie tętniło życie a wiele osób beztrosko biegało wokół fontanny ustawionej na środku placu pokrytego kamieniem.

- Draco, co to za miejsce? - zaśmiała się dziewczyna kręcąc wokół własnej osi.

- Nie wiem, ale musimy tu kiedyś wrócić. - odparł łapiąc ją za rękę i kręcąc dalej.

- Już, już, już. - roześmiała się łapiąc go za barki. - Za duuuużo helikopterów.

- Czego? - zaśmiał się widząc komiczny stan Gryfonki.

- No helikopteryyy. - westchnęła, jakby mówiła o czymś najoczywistszym na świecie.

- Dobra, helikoptery. - odparł uśmiechając się zawadiacko.

- Zobacz! - pisnęła podskakując. - Sprzedają watę cukrową, musimy mieć watę cukrową, Draco! - nie przywykł, do faktu iż dziewczyna zwraca się do niego po imieniu, ale musiał przyznać, że było to przyjemne. Wziął ją pod ramię, aby nie przewróciła się po drodze i oboje skierowali się do stoiska z kolorowa watą cukrową. Kiedy podeszli do człowieka w średnim wieku za maszyną ten popatrzył na nich, jakby ujrzał ducha. Oboje od razu wzmogli czujność.

- Draco Malfoy i Hermiona Granger? - spytał przyglądając im się.

- Kim jesteś? - spytała dziewczyna.

- Jest o was głośno w Proroku. Wszyscy was szukają! - odparł nachylając się. - Jak potrzebujecie kominek, to mam jeden w domu. - dodał. Oboje spojrzeli po sobie, nie mogli ufać każdemu, kto ich rozpozna ale fakt, iż pisali o nich w Proroku wiele tłumaczył. Pytanie jednak, co takiego tam zawarli, skoro mężczyzna był aż tak podekscytowany.

- Ma pan ten numer gazety? - odparł blondyn.

- Oczywiście! Zberam Proroka odkąd nauczyłem się czytać. - zaśmiał się. - Kolieet! - krzyknął i po chwili podeszła do nich kobieta po czterdziestce w czerwonej sukni do ziemi. - Zobacz, kogo tutaj mamy. Muszę zaprowadzić ich do kominka, popilnuj stoiska.

- Lećcie. - uśmiechnęła się zajmując miejsce mężczyzny.

- Chodźcie. - zwrócił się do pary zmierzając w stronę pobliskiej kamienicy. - Nawet nie wiecie, jak znani jesteście. Wszyscy wiedzą, że pomagaliście Zakonowi, niezwykli! Gdyby nie tacy jak wy zapewne nie moglibyśmy teraz spokojnie spać.

- Cieszymy się pana szczęściem. - odparła już spokojniej Hermiona.

- Tutaj, tutaj. - ponaglił ich otwierając drzwi na parterze. Kiedy weszli do środka ich oczom ukazały się starty książek, pergaminów i piór lewitujących pod sufitem oraz magiczne świece, model nie podpalający papieru. Granger zawsze chciała mieć taki pakiet, ale ich cena często przekraczała oczekiwania. - O, to ten numer. Z dzisiaj, świeżutki.

- Zobacz, jesteśmy na okładce. - dziewczyna zakryła usta dłonią, chłopak zmarszczył czoło czytając wytłuszczony tekst.

Hermiona Granger i Draco Malfoy w miłosnych obęciach!

Jak wiemy, Draco Lucjusz Malfoy, który pomimo przeszłości ojca walczył o wolność świata czarodziei i mugoli uchodzi za idealną partię. Przeznaczony Pansy Parkinson zgodnie z odwieczną tradycją rodziny został uznany za zaginionego po tragicznym wypadku pociągu wiozącego uczniów do szkoły magii - Hogwartu. Wszyscy wszczęli natychmiastowe poszukiwanie arystokraty, aż w końcu udało nam się dowiedzieć, iż przebywa on z niejaką Hermioną Granger, również uznaną za zaginioną. Z zaufanego źródła wiemy, iż para ma się ku sobie. Czyżby pragnęli stoczyć bój z własnym przeznaczeniem i przełamać barierę rasową uciekając z dala od ludzkiego wzroku? Przypominamy, że panna Granger jest oficjalną narzeczoną Ronalda Weasleya, przyjaciela Harrego Pottera, który wraz z pozostałymi walczył przeciwko Temu - Którego - Imienia - Wymawiać - Nie - Wolno. Obecnie nikt nie wie, gdzie podziewają się panna Granger i pan Malfoy, ale pojawiają się pierwsze poszlaki - opuszczona chata, w której prawdopodobnie para zakochanych spędziła noc. Więcej informacji i zdjęcia na stronie 3.

- Co to do cholery jest? - dziewczyna popatrzyła na blondyna zszokowana.

- Nie wiem, ale nie podoba mi się to. - podsunął jej pod nos zdjęcie pustej butelki po alkoholu w chacie, w której nocowali.


- Szuje. - warknęła wypuszczając z siebie ciężko powietrze.

- Musimy wracać. - rzekł Malfoy w stronę starszego mężczyzny. Ten jedynie kiwnął głową i podszedł do kominka. Wyciągnął zza jednej z książek fioletowy woreczek i podał go parze.  Oboje wzięli po trochę proszku Fiuu i po pożegnaniu się ze sprzedawcą waty wskoczyli w płomienie wracając do Hogwartu. 

Stara Chata





Niebo powoli okrywało się mrokiem. Z lasu rozchodziło się pohukiwanie sów i niekiedy wycie wilków. Dwoje młodych ludzi szło jednak przed siebie w zaparte wymieniając co jakiś czas uwagi na temat trasy. Kiedy dziewczyna ochłonęła z szoku zaczęła zastanawiać się, co spotkało innych. Blondyn miał rację, Harry na pewno nie pozwoli, aby komuś stała się krzywda. Podobnie nauczyciele, jednak w pociągu była masa pierwszoroczniaków, którzy w większości nie potrafili w ogóle posługiwać się różdżkami. Pokręciła lekko głową, myślenie o tym w tamtej chwili nie było najlepszym wyjściem.

- Powinniśmy odpocząć. - szepnęła zauważając opuszczoną chatę na wzgórzu w oddali. Niewiele z niej pozostało, ale przynajmniej mogli ochronić się przed dzikimi zwierzętami i wzrokiem niechcianych podróżnych.

- Przejmę pierwszą wartę. - odparł spokojnie. Zaskakiwał ją fakt, iż Malfoy naprawdę z nią współpracował. Co prawda w czasie wojny mieli okazję kilka razy działać razem, ale po wszystkim ich drogi się rozeszły a ona została przyjęta do rodziny Weasley'ów i nie myślała już więcej o chłopaku. Wspięli się na wzgórze ciosane wieczornym wiatrem i bez pukania otworzyli drzwi od chaty. Malfoy zapalili kilka starych świec a Gryfonka wyczyściła starą kapę czarami.

- Przydałaby się chociaż woda, to mogę prze transmutować ją w zupę, albo jakiś sos. - odparła dziewczyna reperując dwa krzesła i stolik.

- Poszukam coś. - zaproponował. Patrzyła na niego chwilę, na co odpowiedział szelmowskim uśmiechem, po czym skierował się w stronę drzwi. - Malfoy.

- Hm?

- Możemy ze sobą normalnie rozmawiać w Hogwarcie? - spytała przyglądając się świecy obok.

- Zobaczymy. - odparł rozbawiony, po czym wyszedł prawdopodobnie nawet nie zauważając jej uśmiechu.


Po wielu wybojach w końcu nauczycielom udało się przetransportować wszystkich uczniów do Hogwartu. Starsi bez problemu wskakiwali do kominków, młodszych uczniów brali ze sobą profesorowie i prefekci wracając co chwilę po kolejnych. W efekcie jednak Wielka Sala wypełniona była zmęczonymi i gdzieniegdzie poobijanymi dzieciakami przekrzykującymi siebie nawzajem. Dopiero donośny głos dyrektor McGonagall doprowadził ich do ładu.

- Czy prefekci policzyli już wszystkich? - spytała patrząc twardo na małą grupkę uczniów zebranych przed mównicą.

- Brakuje dwóch osób. - odrzekł prefekt Huffelpuffu.

- Czyli?

- Hermiona Granger z domu Gryffindor oraz Draco Malfoy z domu Slytherin. Oboje z ostatniego roku. - odpowiedział przekazując kobiecie pergaminy z listą uczniów. Przez chwilę na jej twarzy pojawił się wyraz smutku, szybko jednak znów zajęła się uciszaniem na nowo nakręconych uczniów.
- Powiedziałam, cisza! - wrzasnęła władczo. - Wszyscy macie teraz udać się do swoich dormitoriów. Ministerstwo już się tym zajmuje.

- Ale pani profesor! Trzeba ratować Hermionę! - wrzasnął Harry wstając od stołu swojego domu.

- Draco również! - podniosła się Pansy. Oba stoły jak jeden mąż wstały gotowe do działania. Kobieta zdumiona nie wiedziała przez chwilę co powiedzieć, po czym westchnęła ciężko.

- W tym momencie musimy czekać. Nie możemy zaprzeczyć, że zarówno panna Granger jak i pan Malfoy są wybitnymi czarodziejami i dadzą sobie radę. A teraz proszę, do dormitoriów. - nikt już nie zaprzeczał, ale i tak wszyscy gotowi byli do poszukiwań, co wywołało u dyrektorki mieszane uczucia. Dumę jak i smutek.

- Musimy jakoś ją znaleźć. - Ginny chodziła po pokoju wspólnym jak nakręcona. - A co, jak gdzieś teraz zwija się z bólu? Albo leży na dnie jeziora?

- Musimy poczekać na Ministerstwo. - uspokajał ją Harry, chociaż dobrze wiedział, jak takie instytucje działają. Bardziej zainteresuje je, kto napadł na pociąg, niż zaginieni.

- Jest pewnie z Malfoyem, co oznacza że nic gorszego już jej nie może spotkać. - warknął zirytowany rudzielec.

- Boże, jakim ty jesteś idiotą Ronaldzie! - wrzasnęła jego siostra. - Nie pamiętasz, ile razy Malfoy uratował nam życie? Walczył z nami po jednej stronie. O ile się nie mylę, to on wyciągnął Hermionę z lochów własnego domu, więc zacznij myśleć trzeźwo!

- Malfoy to morderca, więc może zamknij swoją buźkę i odwal się! - wydarł się wstając nagle. W oka mgnieniu jednak Harry stanął przed Ginny osłaniając ją własnym ciałem.

- Dotknij ją, a nie będę patrzył na przeszłość. - odparł chłodno. Chłopacy mierzyli się przez chwilę wzrokiem, po czym obrażony Weasley wyszedł z wieży Gryffindoru przeklinając na wszystko. Harry poczuł jak drobne ramiona dziewczyny oplatają go w pasie a jej ciało przylega do jego pleców.

- Boję się... - szepnęła.

- Będzie dobrze, ufam im. - odparł chowając różdżkę do kieszeni spodni. - Ufam...


Kiedy Draco wrócił do starej chaty aż zatrzymał się pod wpływem wrażenia, jakie wywarły na nim zmiany. Prawdopodobnie Granger aby zając czymś ręce zreperowała wszystkie zniszczone elementy i przyniosła drewno do kominka, w którym jasno palił się ogień.

- Nie widziałem dymu. - odparł kładąc dwa wiadra z wodą na stole, który nie był już stertą kijków.

- Zaczarowałam kominek, co prawda nie można się przez niego przenosić, bo mugole nie mają do takich dostępu, ale jest cieplej. - uśmiechnęła się widząc zaskoczenie na twarzy chłopaka.

- Dobra robota. - przyznał siadając przy stole. - To co podasz na kolacje? - dodał uśmiechając się zawadiacko.

- Nie wiem jak ty, ale ja muszę się napić. - przyznała. Kiwnął twierdząco głową. Dziewczyna wzięła czystą butelkę po occie i przelała do niej wodę z wiaderka. Następnie przymknęła oczy i zaczęła mamrotać zaklęcie, którego uczyła się przed urodzinami Harrego. Po chwili w butelce zamiast wody pływała whisky wabiąc aż swoim bursztynem.

- Nie mam szklanek, a szkła jest za mało na zrobienie ich. - odparła podając chłopakowi butelkę.

- Panie mają pierwszeństwo. - rozsiadł się przyglądając jej z zaciekawieniem. Dziewczyna wypiła potężny łyk i zajęła miejsce przy drugim końcu stołu.

- Jaki jest prawdziwy powód twojego powrotu? - spytała po transmutacji trzeciej butelki.

- Stęskniłem się za starymi murami. - odparł zaczepnie.

- Och, doprawdy? - zaśmiała się perliście. - Jakby nie patrzeć, to zostaniecie z Harrym przyjęci jak bohaterzy.

- Wątpię. Poza tym, nie tylko my braliśmy w tym udział. - przyznał poważniej.

- Ja niewiele zrobiłam. - westchnęła odkładając pustą butelkę na bok.

- Pomijając, że ponad połowa moich działań oparta była na współpracy z tobą. Nie pamiętasz stadionu?


Skradali się przez mroczne korytarze kierując do jednej z kryjówek wroga. Nie pozostało im wiele czasu, ale musieli dokończyć zadanie. Podobnie jak inne zespoły każdy miał swój cel i wystarczyła jedna wpadka a całe przedsięwzięcie szlag by wziął. Dziewczyna ubrana cała w czerń kiwnęła do swojego partnera, żeby spojrzał na boczny korytarz stadionu do quiddicha. W tym czasie ona wyjęła z nerki przyczepionej do paska dwie fiolki i miseczkę. Powoli wlewała do niej naprzemiennie po kropli każdego eliksiru, aż w końcu przybrał on barwę śnieżnej bieli i zaczął się dymić na zielono. Spojrzała na chłopaka obok i kiwnęła do niego głową. Nie musieli nic do siebie mówić, w dziwny sposób doskonale rozumieli mowę swojego ciała. Oboje wstali a szatynka oblała ich stworzoną cieczą. Nie minęła chwila, gdy pojawili się przeciwnicy. Eliksir miał za zadanie uczynić ich ciała niezniszczalne, działał jednak tylko przez kilka minut, co oznaczało, iż nie mogą się ociągać. Musieli donieść skradzione plany do bazy Zakonu.

- O proszę, nasz zdrajca. - warknął jeden z czarnoksiężników.

- Witaj, Nott. - odparł chłopak uśmiechając się cynicznie. Były Ślizgon był ogromny i przypominał bardziej kruka, niż człowieka. Nikt nie chciałby spotkać go nocą w opuszczonej uliczce.

- Raczej żegnaj. - syknął przeciwnik i zaczął rzucać w parę zaklęciami. Barwy zmieniały się co chwilę a huki rzucanych czarów roznosiły echem wokół rozpraszając ciemność. Blondyn i dziewczyna stali plecami do siebie walcząc ramię w ramię. Oboje czuli siłę napierania na siebie, ale nie mogli się poddać.  W pewnym momencie szatynka pociągnęła chłopaka na ziemię a dwoje przeciwników uderzyło w siebie nawzajem zaklęciami. Padli natychmiast martwi na kafelki. Chłopak wstał czujnie podchodząc do martwego ciała dawnego przyjaciela, którego twarz nawet po śmierci ukazywała nienawiść do wszystkiego wokoł.

- Żegnaj. - szepnął nad jego zwłokami blondyn, po czym zaczął biec w stronę korytarza z którego wybiegła owa dwójka. Nagle znikąd wyłoniło się czerwone światło przypominające w swojej barwie krew. Nie uciekłby, wiedział o tym. Zamknął oczy, ale poczuł jedynie upadające na niego ciało...ciało Granger.

- Nie da się ukryć, to było coś. - przyznała dziewczyna poprawiając warkocz.

- Był cel, dla którego chciało się żyć. - szepnął wpatrując się w gasnącą między nimi świecę.
Dziewczyna już dawno zauważyła, jak hipnotyzującym człowiekiem jest Draco, o ile nie zaczyna odstawiać swoich głupot o szlamach i czystej krwi.

- Zawsze jest. - uśmiechnęła się do niego. - Samo życie to cel...nie wiem, nie masz marzeń? Nie chciałbyś zobaczyć Paryża nocą? Albo napić się wódki w Moskwie? Wiesz, że istnieje coś takiego jak Mur Chiński...

- ...mierzący 8851,8 kilometra. - dokończył za nią przekrzywiając głowę w ten swój malfoyowy sposób, jakby wygrał jakąś nagrodę na turnieju i właśnie to uświadamiał.

- Przykładowo. - rzekła zaskoczona wpatrując się w niego.

- A jaki ty masz cel, Granger? Co ciebie motywuje do dalszej walki? - mruknął uwodzicielsko.

- Przyjaciele, poglądy, plany. Jest tego trochę. Rodzice Rona wciąż opowiadają o ślubie po zakończeniu roku... - westchnęła ciężko wpatrując się w stół.

- Rozumiem, że to też twoje marzenie. - zakpił.

- Co w tym złego?

- Popatrz na siebie. Jesteś z człowiekiem, który wiecznie chowa się po kątach niezdolny do czegokolwiek poza obrażaniem się. - rzucił poważnie. - Możesz wmawiać wszystkim wokół, że jesteś szczęśliwa, ale to tylko kłamstwa. Wpadłaś w coś i nie wiesz jak wyjść, bo boisz się samotności. - Spojrzała na niego wybita z rytmu. Usta otwierały jej się w celu powiedzenia czegoś, jednak żadne słowa nie chciały wyjść na światło dzienne. W końcu chrząknęła cicho i wstała.

- Idę spać. - szepnęła kładąc się na łóżku. Zamknęła mocniej oczy, modląc się o szybkie nadejście snu.

Pociąg







Pociąg wypełniony śmiechem dzieciaków w różnym wieku jechał z zawrotną prędkością kierując się do jednej z niewielu ocalałych szkół magii. Po długiej wojnie pomiędzy dobrem a złem w końcu nastał wymarzony ład i porządek. Kiedy Voldemort upadł niewielu miało jeszcze odwagę głosić jego poglądy. Zgodnie z życzeniem dyrektor McGonagall wszyscy uczniowie mieli prawo dokończyć naukę bez względu na ich wiek. Z tej racji dziewiętnastoletnia trójka zwycięzców siedziała właśnie w jednym z wielu przedziałów dyskutując o zmianach, jakie nastały. Harry, Hermiona oraz Ron i jego młodsza siostra Ginny wracali do Hogwartu, aby wrócić do dawnego życia. O ile było to w ogóle możliwe.

- Dobrze, że McGonagall jest dyrką. Da popalić Ślizgonom. - rzucił Ron przeglądając Tygodnik Sportowy. - Dostaną za swoje, gnidy.

- Nie zapomnij, że niektórzy nam pomagali. - zauważyła Granger odkładając butelkę po soku porzeczkowym.

- Wszyscy to śmierciożercy. - mruknął.

- Jesteś niesprawiedliwy.

- A ty za miękka, ale jakoś się znosimy. - westchnął nie obdarzając jej nawet jednym spojrzeniem.  Od pewnego czasu ich przyjacielska relacja zmieniła się w coś poważniejszego jednocześnie niszcząc w nich jakiekolwiek zaufanie i szacunek w stosunku do siebie. Ronald nigdy nie słynął ze szczególnej uprzejmości i opanowania, ale przy Granger nawet nie zwracał uwagi, jaki jest.

- Nie powiedziałabym. - odparła skupiając się na widoku za oknem. Słońce nadal mocno ogrzewało okolice a zawrotna prędkość pociągu dodawała wszystkiemu nowych emocji. Jeszcze trzy godziny i będą na miejscu.

- Chcesz mi coś powiedzieć? - spojrzał na nią zirytowany.

- A chcesz w ogóle coś usłyszeć? - rzuciła wbijając w niego wzrok. Mierzyli się przez chwilę gniewnie, aż odezwał się Harry zaniepokojony tym, co działo się między jego przyjaciółmi.

- Musicie ciągle się sprzeczać? Niedługo będziemy na miejscu, cieszcie się, że znów możemy zacząć od początku. - złapał przy tym Ginny za dłoń patrząc na nią z takim uczuciem, iż Granger musiała wyjść. Na nią Weasley nigdy tak nie patrzył a na pewno nie kochał w taki sposób.

Stał w korytarzu pociągu spoglądając przez jedno z ogromnych okien na przestrzeń wokół. Nie wiedział, dlaczego postanowił wrócić do Hogwartu. Po wszystkim, co miało miejsce był wolnym człowiekiem uznanym za sojusznika Zakonu Feniksa z którym współpracował w czasie wojny. Jego ojciec zgnił w więzieniu, matka została zamknięta w zakładzie dla chorych psychicznie. Oboje pozostawili mu jedynie fortunę i posągi, co niekoniecznie uznawał za wartościowe wiedząc, w jaki sposób jego rodzina zdobyła złoto i służbę. Nie chciał przyznawać się przed sobą, jednak uciekał od domu najdalej gdzie tylko mógł. Hogwart był dobrym do tego miejscem. Nagle wyczuł, iż ktoś się zbliża. Trwał nieruchomo dzierżąc w dłoni różdżkę, gdy zza przejścia między wagonami wyłoniła się kobieca sylwetka. Wypuścił powietrze z płuc. Obok niego zatrzymała się Granger również wpatrując w obraz za oknem. Miała na sobie zwiewną, kremową sukienkę do połowy ud i długi warkocz opadający na jedno ramię. Gdyby nie niewielkie blizny na plecach i ramionach nikt nie pomyślałby, że ta właśnie dziewczyna miota zaklęciami jak żołnierz. Zlustrował ją dokładnie nadal nie rozumiejąc, co taka dziewczyna - nawet nie pochodząca z magicznej rodziny - mogła widzieć w Weasley'u.

- Długo będziesz tak na mnie patrzył? - nie musiała nawet spoglądać w jego stronę, aby wyczuć silną aurę Malfoya.

- Zależy. - odparł wymijająco. - Nie siedzisz z Wiepszlejem i resztą?

- A ty nie siedzisz z Parkinson i resztą? - odpowiedziała pytaniem na pytanie. Chłopak uśmiechnął się zawadiacko i podszedł do niej opierając o ścianę. Przez chwilę trwali w milczeniu, po czym dziewczyna obróciła się do niego przodem.

- Wiem, że wcześniej nie było okazji, ale dziękuję... - spojrzała mu prosto w oczy i poczuła jak rażą ją wręcz hipnotyzując.

- Za co mi dziękujesz, Granger? - przekręcił lekko głowę w bok i uśmiechając się seksownie.

- Dobrze wiesz. - również posłała mu uśmiech. - Wtedy, w lochach.


Ciemność, odór,  wilgoć i ból. Wokół nie było żywej duszy, ale młoda kobieta czuła się tak, jakby ściany wręcz do niej krzyczały od nadmiaru krwi i cierpienia. Próbowała wstać, jednak żelazne kajdany usilnie przypięły ją do ściany w niewygodnej pozycji, która nie pozwalała nawet wytrzeć jej zakrwawionej rany na czole. Starała się złapać oddech, ale na nic się to nie zdało.

- Boże, gdzie ja jestem? - szepnęła sama do siebie.

- W piekle, kochanie. - usłyszała kobiecy, zawistny głos. Rozpoznałaby go wszędzie.

- Bellatrix.

- Witaj. - syknęła w ułamku sekundy zrównując ich twarze ze sobą. Wszystkie pochodnie zapłonęły wokół ukazując nienawistne spojrzenie wysłanniczki Voldemorta. Miała na sobie czarną suknię podkreślającą trupio białe ciało i grobowe, szalone spojrzenie. - Długo cię szukaliśmy, szlamo.

- Nie nazywaj mnie tak! - wiedziała, że długo nie pożyje, ale bez względu na wszystko pragnęła zachować godność i wartości, o które walczyła.

- Zamilcz! Jesteś szlamą! Brudna krew aż sączy się z twoich ran, plugawa żmijo, plamisz imię każdego z nas dzierżąc różdżkę! - dziewczyna poczuła, jak Bellatriks przykłada jej do poranionego brzucha kawałek drewienka. Po chwili wypuściła z niej światło a Granger wrzasnęła głośno nie mogąc nawet zgiąć się z bólu. - Błagaj o litość!

- Nigdy. - warknęła przez zaciśnięte zęby.

- To powąchasz piach!

- Dość. - kobieta już szykowała zakazane zaklęcie, gdy w środku lochu pojawił się wysoki mężczyzna.

- Draco. Czemu nam przeszkadzasz? - jęknęła teatralnie rozdziawiając usta.

- Mam wyciągnąć od niej informacje, zanim ją zabijesz. - odparł chłodno. Oboje mierzyli się przez chwilę lodowatymi spojrzeniami, po czym czarnowłosa trzasnęła zaklęciem w ramię Gryfonki i wyszła lubując się w jej krzyku.

- Nic się nie dowiesz. - szepnęła wypluwając z ust krew.

- Nie muszę. - odparł cicho. Wyciszył pomieszczenie zaklęciem, po czym odpiął dziewczynę od ściany i wziął na ręce, gdyż miała połamane większość kości. - Masz szczęście, że jeszcze żyjesz.

- Co ty...

- Cicho, musisz mi zaufać. Bliznowaty i Prosiak czekają niedaleko.

- Dz... - nie dokończyła jednak, gdyż jej umysł wyłączył się od nadmiaru cierpienia.


- Zrobiłem, co do mnie należało. To Potter cię namierzył. - odparł poprawiając rękawy swojej białej jak śnieg koszuli.

- Uratowałeś mi życie, Malfoy. Coś na czym zależy mi obecnie najbardziej. Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak wiele to dla mnie znaczy. - mówiła poważnie, więc odpuścił sobie przekomarzanie się z dziewczyną i jedynie kiwnął głową. Nagle pociąg zaczął silnie hamować wytrącając wszystkich z równowagi. W ułamku sekundy blondyn znalazł się obok Hermiony ochraniając ją przed metalowym prętem, który z nikąd przebił się wzdłuż korytarza. Z niego bo obu stronach wystrzeliwały ostre pociski wbijając się we wszystko, co napotkały na swojej drodze. Oszołomieni bez zastanowienia wyskoczyli przez okno, Hermiona rzuciła pierwsze zaklęcie, jakie przyszło jej do głowy i zamiast upaść miażdżąco na ziemię oboje opadli na gumową chmurę, metr nad powierzchnią.

- Co to było? - spytała, kiedy zeskoczyli z osłony a ich oczom ukazały się powykręcane na wszystkie strony tory.

- Nie mam pojęcia, ale na pewno nic przychylnego. - odparł przeczesując włosy.

- Boże, gdzie my jesteśmy. - westchnęła rozglądając się wokół. Blondyn sięgnął do kieszeni i wyjął z niej zwykły, mugolski kompas.

- Ja będziemy iść na wschód, to w końcu trafimy do kolejnej stacji. - zaskoczona przyjrzała się urządzeniu.

- Musimy dowiedzieć się, co z naszymi przyjaciółmi.

- Poradzą sobie, mają Pottera i całą zgraje nauczycieli z Zakonu. - odparł spoglądając w niebo. - Chodźmy, zanim się z ciemni. - dziewczyna kiwnęła twierdząco głową i oboje ruszyli w stronę następnego przystanku pociągu, gdzie mieli nadzieję odnaleźć pozostałych uczniów.